8 lutego 2013

|50| rozdział kończący

      Nienawidzę ślubów, wesel i wszystkich innych rodzinnych imprez, ale jednak ubieram się w elegancką sukienkę i wysokie szpilki tylko po to by zobaczyć po dwóch latach nie odzywania się do Harry'ego, który będzie się żenił. Nie miałam mu tego za złe, że znalazł swoje przeznaczenie, ale czy to nieironiczne, że nawet jego narzeczona nazywa się 'Destiny'? Mniejsza z tym. Rozstaliśmy się, bo oboje uznaliśmy, że tak będzie lepiej. Już sobie nie ufaliśmy, więc nie było sensu dłużej ciągnąć tego 'związku'. Nie powinniśmy na siłę trzymać drugą osobę przy sobie ratując już ledwo żywą miłość.
    Nie chciałam też niszczyć jego marzeń, o których mi tyle opowiadł podczas naszego wyjazdu, w ich realizowaniu byłabym tylko kulą u nogi.
    Te dwa samotne lata nie były dla mnie udręką, a wręcz ulgą. Nie musiałam martwić się o nikogo innego niż o mnie i rodzinę, nie istniało dla mnie żadne One Direction, najwyżej Louis i Niall, z którymi utrzymuję wciąż kontakt. Zdziwiłam się kiedy dwa miesiące temu w swojej skrzynce znalazłam śnieżnobiałą kopertę wyperfumowaną lawendą i wykaligrafowane moje nazwisko na środku papieru. Nie miałam pojęcia co to jest, dopóki nie otworzyłam i nie ujrzałam dwóch imion. Wszystko było jasne-żeni się. Nie byłam w szoku, to było wiadome, ale jednak zaskoczyła mnie ta wiadomość, ale bardziej to, że chciał zaprosić swoją byłą na własne wesele. Przecież mogę zniszczyć jego najlepszy w życiu dzień, ja na jego miejscu nie zapraszałabym siebie, w końcu jestem nieobliczalną schizofreniczką.
Najgorsze było to, że sama chciałam się zmierzyć z nadchodzącymi kłopotami, zobaczę go i wszystko wróci, a nie mówię już o całej piątce. Spojrzę w oczy któregoś i ucieknę z płaczem z kościoła, a wszyscy będą się na mnie gapić szydząc za plecami, jeszcze znając życie będą tam fotoreporterzy. Ale oczywiście jestem głupia i teraz zapinam zamek sukienki, którą kupiłam specjalnie na tą okazję. Biała sięgająca przed kolana zgrywała się z obcasami i torebką w kolorze pudrowego różu. Na misternie upiętej fryzurze doczepiłam woalkę, bo na kapelusz nie miałam odwagi. Fizycznie byłam gotowa, ale psychicznie jeszcze nie.
 
   Przekroczyłam próg katedry z trzęsącymi się dłońmi, stanęłam na samym końcu, aby nie rzucać się w oczy wszystkim zebranym. Myślałam już, że do końca mszy będę sama, ale oczywiście jeszcze kilka minut przed wygraniem melodii, rozpoczynającą ceremonię przysiadł się do mnie Lou i pozostałą trójka.
-Ty nie będziesz tu siedzieć, Liz-wziął mnie ramię i przywlókł mnie przed sam ołtarz.-Siedzisz tu, Niall i Liam cię przypilnują, prawda? Ja muszę załatwić sprawy, jak to świadek. Zayn, a ty po prostu ładnie wyglądaj.
Odwróciłam się za siebie i ujrzałam Mari stojącą w wielkich drzwiach frontowych, dosiadła się do Malika szeroko się uśmiechając. Przynajmniej ona jest tutaj szczęśliwa ze swoją drugą połową. Powinnam się cieszyć ich szczęściem, a nie cały czas narzekać na wszystko.
Ceremonia zaczęła się, nie wiedziałam kiedy, ale obudziłam się wtedy kiedy przyłapałam się, że w moich oczach zbierają się łzy. Nie rozpaczałam ze względu na to, że Harry zaraz wyjdzie za miłość swojego życia, ale dlatego, że cieszyłam się jego szczęściem. Rzadko widywałam tak dobrze dobrane pary jak Styles i Glouding, którzy praktycznie nie widzieli świata poza sobą. Byli dla siebie stworzeni, a to było nie podważalne, więc kiedy powiedzieli już sobie sakramentalne "tak" wiedziałam, że będą ze sobą do końca swoich dni. Wybiegli z kościoła śmiejąc się i piszcząc kiedy dostali pensami w oko czy połknęli przypadkowo ryż lecący nad ich głowami. Powoli wyszłam z ławki i noga za nogą ruszyłam w stronę kolejki, aby złożyć życzenia parze młodej. Wiedziałam, że krok za krokiem idzie za mną Liam, który uporczywie chciał zacząć jakąś rozmowę, ale jednak nic nie mówił, sama nie chciałam rozpętać tu jakiejś kłótni byłych kochanków i psuć taką piękną uroczystość. Obserwowałam jak Hazza przyjmuje z szerokim uśmiechem prezenty od rodziny i przyjaciół co chwilę zerkając na drobną Destiny. Osób ubywało, a prezenty w rekordowym tempie rosły za ich plecami, wielkie pudełka mieszące zapewne telewizory plazmowe, które i tak nie będą używane. Wiedziałam w jakich warunkach mieszkał Harry zanim się rozstaliśmy, a teraz jego sytuacja finansowa jeszcze się polepszyła, więc miał wszystkie luksusy w swoim ogromnym gniazdku. Wreszcie kiedy nadeszła moja chwila ucałowałam w oba policzki obojga i podałam swój niewielki upominek i złożyłam krótkie życzenia. Odeszłam powolnym krokiem, w połowie drogi do samochodu, którego kupiłam zaledwie kilka miesięcy temu za swoje oszczędności i pozostałości ze sprzedaży domu w Londynie, podeszła do mnie Mari trzymając za rękę Zayn'a.
-Ellie, podrzucić cię na miejsce?-zasugerowała z dobrego serca, już nie żywiła do mnie żadnej urazy, znowu byłyśmy dla siebie jak siostry, nawet bardziej zżyte, niż wcześniej.
-Nie, nie ma problemu pojadę za wszystkimi i mam własny samochód, więc wiesz nauczyłam się poruszać po autostradach-powiedziałam z kwaśnym uśmiechem, nie chciałam nawiązywać żadnych rozmów. Wolałam nie psuć ludziom humoru swoim nastawieniem do wszystkiego, więc opuściłam całe towarzystwo i zamknęłam się w swoim maleńkim Fiacie Panda. Z nudów zaczęłam przeglądać wszystkie maleńkie schowki w poszukiwaniu czegoś do czytania, ale na próżno. Nie miałam nawet atlasu drogowego, bo jedyne trasy jakimi jeździłam to z domu do pracy, po drodze zahaczając o szkołę Pauline.
   Zauważyłam, że już wszyscy zaczęli wsiadać do swoich wypasionych samochodów, jedynie ja miałam najniższej klasy auto, ale się tym nie przejmowałam, dla mnie rzeczy materialne nie miały żadnego znaczenia, chociaż rachunki same się nie zapłacą. Jakieś osiemdziesiąt samochodów ruszyło za wielkim Royce Royce'm , którego wynajęła para młoda, chociaż może Haz go kupił... Nie miałam w każdym razie bladego pojęcia w tej sprawie. Poruszaliśmy się w sznurku niewiele ponad czterdzieści kilometrów na godzinę przez najbliższe sto dwadzieścia minut.




     Wreszcie mogłam rozprostować nogi, które już miały odciski od gumowych dywaników, bo jak na razie nie umiałam prowadzić na obcasach. Jeszcze było niesamowicie gorąco, więc wyglądałam jak mokra ( i śmierdząca) mysz przy  wszystkich eleganckich damach w białych obcisłych sukienkach i kapeluszach z wielkimi rondami i eleganckimi ozdobami, czy zupełnie w ekstrawaganckich kształtach jak miała Dominique, zaraz jak mnie zobaczyła to podbiegła do mnie (boże, ona umie biegać na dwunastocentymetrowych obcasach) i przyjacielsko mnie uściskała.
-Jak się trzymasz, El?-zapytała, ja dobrze wiedziałam co u niej, rok temu byłam na jej ślubie, ale byłą zaproszona także na wesele, ale nie miałam odwagi przyjść.- Wciąż siedzisz w tej zapyziałej knajpce czy już zmieniłaś posadę?
-Ja całkiem dobrze i nie zamierzam zmieniać swojej pracy, do której zdążyłam się już przyzwyczaić-podeszła do nas kelnerka w białym fartuchu z muszką pod szyją i podała nam kieliszki szampana, który okazał się potem białym winem.- Jak dorwiesz Harry'ego to przekaż mu, że ja dzisiaj nie zostaje na noclegu...
-Musisz zostać skoro się napiłaś-powiedziała z uśmiechem na twarzy biorąc mnie pod ramię, wspólnie przeszłyśmy przez tłum gości posilając się o sztuczne uśmiechy. Wszyscy teraz czekali na pierwszy taniec młodej pary, zza białym namiotem Destiny i Styler ćwiczyli kroki swojego układu ze skupioną miną.
  Nie minęło kilka minut,a z głośników wydobyła się dobrze znana mi melodia piosenki "The First Time Ever I Saw Your Face" Roberty Flack, pamiętam jak moja ciotka, matka Mari tańczyła do tego z wujkiem, co prawda kojarzę to tylko z kaset, które po rozwodzie oglądała ówczesna panna młoda z pudełkiem lodów. Po niecałej minucie wyszli na środek parkietu i poruszając się jak na skrzydłach wykonywali drobne ruchy ich układu.Wyglądali niebiańsko w błękitnej scenerii, panna młoda wyglądała jak biała rozmywająca się chmurka z czystego jedwabiu, a pan młody w czarnym smokingu jak ptak przemierzający niebieskie przestworza. Wszystko było idealnie zaplanowane pewnie od kilku miesięcy, a efekt był oszałamiający, ja osobiście nie byłam fanką kameralnych ślubów i wesel, ale to wyjątkowo mi się podobało.
   Po jakiś czterech minutach ukłonili się, a w powietrze ludzie wyrzucili płatki białych róż, które dostali przy wejściu. Ja wciąż w ręce miętoliłam mały woreczek z różyczkami i drobnymi upominkami dla gości. Potem wszyscy się rozsiedli, ja siedziałam jak się spodziewałam w najdalszych stolikach, bo nie byłam nikim szczególnym w życiu państwa młodych, więc byłam wraz z dalekim wujostwem, którzy po kryjomu chowali srebrne widelce do kieszeni i torebek. Zapowiadała się genialna noc, nie ma co. Ubawię się za wsyztskie czasy.
   Dobrze, że chociaż nie było przymusu siedzenia na śnieżnobiałych krzesłach przez cały czas, więc po tym jak podali przystawki i opanowałam pierwszy głód wymknęłam się z namiotu, gdzie każdy miał już swoje towarzystwo. Ja postanowiłam spędzić cały ten czas w głębi ogrodu z butelką, jak wtedy jeszcze myślałam, szampana i kieliszkiem w głębi francuskiego ogrodu z widokiem na piękną dolinę. W końcu byliśmy na wielkiej górze pod zamkiem, w którym wszyscy mieli nocować. Wszystko było tutaj perfekcyjne, aż nie chciało mi się żyć, bo w porównaniu z moim gównianym życiem, oni żyli jak rodzina królewska. Nie żebym miała coś do Quenny, ale nikt nie powinien pławić się w takich luksusach, kiedy ja się zastanawiałam z czego zapłacić rachunki i raty kredytu ze skromnej pensji kelnerki. Ale nikt nie mówił, że świat jest sprawiedliwy.
  Jak na razie przestałam się wszystkim przejmować i usiadłam na drewnianej ławie i założyłam nogę na nogę. Pławiłam się w świetle zachodzącego słońca popijając alkohol z smukłego kieliszka.


   Godziny mijały, szampan już się skończył, a ja wciąż tu siedziałam, od czasu do czasu przechodząc się wzdłuż namiotu, aby posłuchać dobrej muzyki. Teraz dla mnie kwartet smyczkowy brzmiał jak świetne piosenki do ostrej zabawy. Stanowczo za dużo alkoholu, niedługo dostanę pijackiej czkawki. Nigdy za wiele nie piałam, jedynie od okazji, ale dzisiaj przesadziłam. Byłam, aż tak pijana, że wpadłam na kogoś. Podniosłam wzrok ze swoich ubrudzonych trawą obcasów na twarz człowieka, którego potrąciłam.
-Wszędzie cię szukałem-cholera,cholera,cholera. Gorzej nie mogłam trafić, dlaczego wpadłam na Liama?! Boże, przepraszam, że się upiłam, ale żeby zaraz zsyłać na mnie Payne'a?! Nie no, wielkie dzięki.
-A ja ciebie nie-odburknęłam, właściwie wydławiłam, bo jak podejrzewałam złapała mnie czkawka i nie mogłam nic więcej powiedzieć, a on się tak długo śmiał, że dostał bólu brzucha. -I dobrze..(czkawka) ci tak...-on za karę wymierzył mi kuksańca w bok i teraz oboje zginaliśmy się w bok.
-Czyli mam wziąć jeszcze jedną butelkę białego wina?-zrobiłam początkowo dziwną minę, bo nie od razu wszystko rozumiałam, ale później skinęłam głową, a on na chwile zniknął. Nie myślałam wtedy nad ucieczką, czy wyparowaniem z wesela, bo byłam tak pijana, że nawet nie wiedziałam, przy którym stoliku siedzę. Wrócił niecałe trzy minuty później z butelką i dwoma kieliszkami, najpierw podał mi, a potem grzecznie obsłużył.
-No i jak tam twoje życie Liam?-zapytałam z czystej uprzejmości, bo prawdę mówiąc nie obchodziło mnie jego życie...Czyli ja nie jestem w sumie pijana, bo nie gadam głupot. Jestem tylko oszołomiona bąbelkami, których nie było.
-Nie narzekam, nie zmieniło się od czasu, kiedy na siebie wpadliśmy na ślubie Dominique, a twoje? Znalazłaś sobie już kogoś czy raczej zamierzasz być starą panną?
-Ja starą panną? Wypraszam sobie, mam dopiero dwadzieścia jeden lat, a ty twierdzisz, że jestem już stara? Nie no, ty naprawdę potrafisz pocieszyć kobietę-potrząsnęłam pustym kieliszkiem i zaczekałam, aż on mnie obsłuży.
-No więc? Jesteś wciąż samotna?-zapytał siadając na ławce, gdzie wcześniej ja przesiedziałam trzy godziny i poklepał miejsce obok siebie. Chwilę się wahałam, ale później klapnęłam na chłodne drewno.
-Nie jestem samotna tylko sama-odpowiedziałam pijąc kolejny łyk białego wina.-Mam dwudziestkę na karku, siostrę na utrzymaniu i jedyne o czym myślę to jak spłacić kredyt i zapłacić rachunki. Miłość mnie nie interesuje, trzy razy się zraziłam, nie mam zamiaru ryzykować, że sparzę się po raz czwarty.
-A co jeżeli jednak nie zrazisz się po raz czwarty? Przecież może twoja poprzednia miłość cię wciąż kocha?
-Czekaj...Harry właśnie się ożenił-zaczęłam wyliczać na palcach wolnej dłoni.-Zayn jest teraz z moją kuzynką...Został jeszcze Liam-dopiero teraz wsztysko zrozumiałam. Uśmiechnęłam się nietrzeźwo i dotknęłam palcem wskazującym nosa Payne'a.-Ty podstępny jesteś, ale ja wiem, że ty masz Danielle.
-Zostawiłem ją dla ciebie dwa lata temu-powiedział, ale ja oczywiście z początku nie zrozumiałam. Boże, co alkohol ze mną robi.-Jeszcze wina?-zasugerował, żeby przerwać ciszę.
Skinęłam w odpowiedzi głową i przybliżyłam kieliszek.
-Czekaj, skoro ty porzuciłeś Dani dwa lata temu to też jesteś samotny-powiedziałam wymachując niezrozumiale palcem.
-Nie jestem samotny tylko sam.
-Nie używaj moich złotych myśli!-sprzeciwiłam się i przybliżyłam twarz do jego twarzy mrużąc oczy.-Bo...
-Bo co?-bruknął opluwając mnie przy tym. Starłam ślinę z kącika brody i wytarłam ja o nos Payne'a.-No co mi zrobisz?
-O'hara-powiedziałam nietrzeźwym tonem, a on tylko zmarszczył brwi. On dotknął opuszkiem mojego policzka, a ja bez ostrzeżenia naplułam mu prosto w twarz.
-Osz ty!-warknął i chwycił moją drobna głową chcąc, żeby wylądowała na jego kolanie, niestety wylądowała kilkanaście centymetrów wyżej. Na nasze nieszczęście obok nas przechodziła najbardziej rozgadana ciotka na weselu, siedziałam tylko stolik od niej i słyszałam już jak obgadywała moje zniknięcie w tanim fiacie. Gorzej wkopać się nie mogliśmy. -Mamy przechlapane-skomentował to, a potem oboje wybuchliśmy pijackim rechotem.
-Chyba, że jakoś to wytłumaczymy... Ale jak wyjaśnić ludziom, że nie robiłam tobie loda tylko ty mnie chciałeś walnąć z kolanka, ale że jesteś pijany to trafiłeś w złe miejsce...-pokręciłam przecząco głową sama siebie słysząc.-Nie, to nie przejdzie-spojrzałam na niego i stwierdziłam, że mi sę przygląda.-Co znowu? Chcesz mnie teraz pocałować, prawda? Wiesz co ci powiem dupku? Nie, to nawet lepiej. Bo cholernie chcę żebyś mnie teraz pocałował i mnie przytulił.
   Bez żadnego sprzeciwu przybliżył się tak, że dzieliły nas milimetry.
-Pocałuję cię jak mnie nie oplujesz, moja lamo-teatralnie wywróciłam oczami i sama przejęłam inicjatywę. Położyłam rękę na jego karku i przyciągnęłam go do siebie, tak mocno, że stuknęliśmy się zębami.-Nie no, chyba lepsze było oplucie-powiedział trzymając się za jedynki.- No dobrze czyli ja mam cię pocałować? No dobra, ale wiesz jak cię teraz pocałuję to musimy do siebie wrócić i nie obchodzi mnie to, że ty nic jutro nie będziesz pamiętać jak obudzisz się ze mną w jednej sypialni, bo cię kocham i już nie pozwolę ci odejść.
Skinęłam głową i wgramoliłam mu się na kolana i odgarnęłam mu włosy opadające na czoło i z czułością musnęłam jego wargi. On wplótł palce w moje misternie ułożone loki i przyciągnął mnie bliżej.-Kocham cię.
-Ja ciebie też-powiedziałam kładąc głowę na jego obojczyku.- Czemu byliśmy tacy głupi i nie spotkaliśmy się wcześniej? Znaczy teraz przez te dwa lata. Albo czemu ja byłam taka głupia i zostawiłam cię na górze w sypialni. Przepraszam. Nie popełnię już więcej tego błędu, teraz nawet ja ciebie nie wypuszczę-powiedziałam zupełnie świadoma, nie wyczuwałam nic innego jak czystej miłości do tego chłopaka przede mną, który wyglądał jak mały szczeniak.-Mówię to na trzeźwo, może jestem tylko upitą miłością do ciebie, więc może jeszcze nie pomylę kroków i nie podepczę ci palców jak mnie poprosisz do tańca.
-A kto mówił, że z tobą zatańczę?-zażartował a ja w ramach protestu naplułam mu prosto w twarz.-No dobra, dobra, choć to może zdążymy jeszcze przed beznadziejnym disco polo-wstaliśmy i trzymając się za ręce pobiegliśmy do namiotu, gdzie właśnie leciał utwór Yann'a Tiersen'a, do którego od najmłodszych lat chciałam zatańczyć. Liam wziął mnie w ramiona i razem przemierzaliśmy drobny obręb parkietu. Nikt oprócz nas nie tańczył, tylko my dwoje, nikt więcej. Nie istnieliśmy dla nikogo innego, byliśmy tylko ja i On, wpatrzeni w siebie bardziej niż Destiny i Hazza. Wirowałam myśląc jedynie o orzechowych tęczówkach Liama i o najlepszych momentach w moim życiu, które z nim spędziłam jak i o tych złych. Mieliśmy gorsze dni jak każda para, ale te najlepsze zawsze będę pamiętać i opowiadać naszym wspólnym wnukom.



Dżizas. Dobra to chyba nie jest dobre słowo, które powinnam powiedzieć zanim się pożegnam, ale... Ten blog ma już rok i dzisiaj przychodzi jego koniec, właściwie historii, która ukazywała się na nim przez ostatnie 12 miesięcy. Masakra. Wiem, że zagląda tu maksymalnie 15 osób, ale dziękuję im za wytrwałość, naprawdę wiele dla mnie znaczy fakt, iż chcieliście to czytać. To wam dedykuję to całe gówienko jakim jest historia Ellie i One Direction. Mam nadzieję, że kiedyś wrócę do pisania opowiadań, na razie pojawiają się shoty, które możecie znaleźć pod TYM adresem, może któryś z nich przypadnie wam do gustu :) 
W takim razie żegnam was.


5 lutego 2013

|49|


Siedziałam jak sierota na środku podłogi w kuchni, kiedy mnie odrzucił od siebie po porostu osunęłam się na podłogę. Po raz kolejny tego dnia wsyztsko zawaliłam , gdybym nie gadała teraz o tym z Dominique, która teraz na siłę starała się mnie pocieszyć, twierdząc, że wróci po tym jak wszystko przemyśli, ale ja wiedziałam,  że tak nie będzie. Tym razem nie wróci, już mnie nie kochał, teraz miałam pewność. Nie czuł tego, co Liam do mnie, nie oświadczyłby mi się, ani nie wyszedłby za mnie, za to Payne z pewnością tak. Byłby ze mną kiedy, byłabym stara i pomarszczona jak morela, a on wciąż płonąłby miłością do mnie i wpatrywałby się w moje szarozielonkawe oczy, a ja w jego orzechowe. Mielibyśmy kilka wnuków i z czwórkę dzieci, które by biegały po ogrodzie uciekając przed strumieniem zraszacza w lecie i lepiące bałwana w zimie. Teraz wiedziałam, że to z nim powinnam zostać na piętrze tuląc się do jego umięśnionego torsu, a nie wracać do tego przeklętego domu i czekać, aż Harry łaskawie się pojawi, a potem wyjdzie trzaskając drzwiami zostawiając mnie na zimnych kafelkach kuchni, płaczącą i krzyczącą jakieś zdania pozbawione jakiegokolwiek sensu. 
Obudziłam nawet biedną Pauline, która jutro miała wcześnie wstać do szkoły, ale oczywiście ja nie pomyślałam o niej, bo byłam cholerną egoistką, która raniła ludzi swoim pozbawionym sensu zachowaniem. Powinnam siedzieć w piwnicy, aby już nie wyrządzić jakiejkolwiek krzywdy. Chciałam się podnieść z posadzki, więc chwyciłam się czegoś na blacie, padło na obrus. Razem z nim ściągnęłam szklanki i talerze, który teraz walały się po całej kuchni i wbijały w moje dłonie, kolana zostawiając czerwone smugi. Spojrzałam z żałosną miną na małą blondynkę stojącą w progu kuchni i wydarłam się rozpaczonym tonem:
-Co się gapisz ,gówniaro?! Tak teraz wyśmiewaj swoją cholerną siostrę! Wyjdź stąd!-chwyciłam talerz leżący obok mnie, który tylko w jednym miejscu był uszczerbniony i cisnęłam nim przed siebie chcąc trafić w przerażoną Pauline, która ze strachu nie mogła się poruszyć. Na szczęście porcelana minęła o kilka centymetrów jej twarz i rozbiła się na ścianie za nią.-Wynocha! Nie rozumiesz jak się do ciebie mówi?! Wyjdź i nie wracaj jak twój Harry!!!
-Ellie...-zdążyła szepnąć, zanim Dominique wzięła ją na ręce i zaniosła do jej sypialni.
Byłam żałosna, wrzeszczałam na swoją własną siostrzyczkę, mało brakowało, abym ja pozywała od bękartów, chociaż sama nie byłam lepsza. Obie byłyśmy  owocami zdrady naszej matki, która tak jak ja była dziwką. To chyba było rodzinne, zresztą nasza rodzina od początku była nienormalna i chyba nie będzie, bo zaraz wyląduję w wariatkowie. Jedyne co mogłam zrobić, żeby tego uniknąć było wyjście na dwór i położenie się na środku drogi czekając, aż przejedzie po mnie jakiś samochód. Pewnie bym tak zrobiła, gdyby nie Andy, który stanął w progu drzwi wejściowych i nie zrugał mnie:
-Liz, dziewczyno, weź się ogarnij, jesteś całą we krwi, łzach i bóg wie w czym jeszcze-chwycił mnie pod pachami i bez jakiegokolwiek wysiłku podniósł mnie i zaniósł do łazienki na parterze i wsadził do wanny.-Masz się umyć, nie próbuj się zabić, bo będzie na nas, chyba nie chcesz, żebym wraz z Dominique wylądował w pierdlu, więc do cholery się ogarnij!
Tym argumentem mnie przekonał, nie mogłam dopuścić do tego, żebym zmarnowała życie idealnej parze, która teraz planowała ślub. Kochali się i chcieli by ze sobą, a ja od jakiegoś czasu im we wszystkim przeszkadzałam, może zamiast się zabijać powinnam zniknąć jak Harry... Złe porównanie. Po prostu powinnam się stąd zmyć na jakiś czas, wyprowadzić się z Londynu wraz z Pauline i zacząć wszystko od nowa. Bez żadnego One Direction czy ginekologów, którzy tylko komplikowali mi jeszcze bardziej życie.
Sprzedałabym ten przeklęty dom i wynajęłabym coś gdzieś w Menchesterze albo w Leeds, tam powinnam bez trudu znaleźć jakąś pracę jako kelnerka. Może Pauline będzie się na mnie wściekać, że niszę jej przyjaźń z dziewczynami, ale jeżeli zrozumie, że to dla mojego dobra to może się zgodzi... Będę musiała jutro obgadać z nią tą sprawę. Jak na razie muszę się ogarnąć, muszę posłuchać się do rad, a właściwie rozkazu Andy’ego.
Więc odkręciłam kurek z ciepłą wodą i wyszłam z wanny, rozebrałam się odrywając tkaninę powoli od zaschniętej krwi, która była wszędzie, mało by brakowało, a przecięłabym sobie skroń, ale na szczęście miałam pochlastane jedynie policzki, czoło, łuki brwiowe, kończyny i w kilku miejscach plecy. Najlepiej było gdybym wykąpała się w wodzie utlenionej, bo na odkażanie zużyłabym z kilka buteleczek i mnóstwo czasu.
Zanużyłam się następnie w gorącej wodzie, która po chwili zmieniła odcień na szkarłatny, byłam obrzydzona, ale teraz dosłownie wsyztsko mnie bolało, każda ranka. Nie mogłam dłużej tak wytrzymać, więc wyskoczyłam z wanny i otuliłam się puszystym ręcznikiem. Kiedy byłam już w drodze na górę ktoś otworzył drzwi i sprawił, że zadrżałam od zimnego powiewu wiatru. 
    Rzuciłam oko na nowo przybyłego, mimo że stał kilka metrów ode mnie widziałam wyraźnie jego duży, charakterystyczny nos, wargi ułożone w wąską linię, jak i  perfekcyjne loki opadające mu na kark i czoło.
-Harry?-powiedziałam z nadzieją w głosie podchodząc kilka kroków bliżej.-Wróciłeś? Do mnie? Przemyślałeś wszystko?
-Tak-odpowiedział tak zimnym tonem nawet na mnie nie patrząc.-Wróciłem tylko po to, aby powiedzieć ci, że upewniłem się w decyzji, że nie widzę przyszłości w naszym związku. Może byłbym zdolny ci wybaczyć to, że przez własną nieuwagę poroniłaś, ale to, że potem o mało nie przespałaś się z Liamem wciąż będąc ze mną, a potem to, że chciałaś ukrywać obie rzeczy już nie. Myślisz, że fajnie być oszukiwanym? Jeżeli ci to odpowiada to znajdź sobie kogoś innego, bo ja nie mam zamiaru znosić twoich kłamstw i niedopowiedzeń. 
   Znowu nogi się pode mną ugięły, wolną ręką podtrzymałam się ściany, aby znów nie osunąć na podłogę. Wiedziałam, że znowu wyglądam żałośnie, cała w ranach, trzęsąca się z zimna i rozpaczy w samym ręczniku, ledwo stojąca na nogach dziewczyna z pewnością nie sprawiała dobrego wrażenia. Ale to, że wyglądałabym perfekcyjnie i tak by nie zmieniło decyzji Styles'a, który bez pożegnania opuścił progi mojego małego mieszkania.


   Zostawiłem ją samą ledwo trzymającą się w pionie w korytarzu maleńkiego domku, do którego z pewnością już nigdy w życiu nie zawitam. Byłem wolny od jej problemów i dziwnej psychiki, do której nie tylko Zayn się zraził. Nie dziwiłem się, że ją zdradził. Była fajna na krótką metę, ale później zaczynała kłamać i kręcić. Z pewnością nasz związek by się wkrótce rozpadł, nawet jeżeli nie miałbym konkretnego powodu, po prostu do siebie nie pasowaliśmy, a ja tego wcześniej nie mogłem dostrzec. 
   Przez te pół godziny, kiedy poszedłem przemyśleć te kilka spraw związanych z Liz znalazłem adres domu tajemniczej Destiny, która zawróciła mi w głowie. Była jednym z powodów dlaczego zostawiłem wysoką brunetkę samą, ona była jej totalnym przeciwieństwem, niska, drobna, z wielkimi zielonymi oczami, które z sympatią wpatrywały się we mnie jak i każdą rzecz dookoła niej. Była urocza, pozytywnie nastawiona do świata, który mimo całego zła w okół niej kochała. Można było to dostrzec w każdym jej geście jak i postępowaniu. Przecież żadna inna dziewczyna nie zatrudniłaby się w schronisku za marne pieniądze. Ona była idealna, przynajmniej w moich oczach, może Zayn czy Louis by dostrzegł jakąś wadę, ale dla mnie nie byłaby to istotna kwestia, bo ją kochałem, chociaż znałem ją dopiero od kilku godzin. Ale w sumie to ja jej nie znałem, była praktycznie obca, ale ja i tak czułem, że coś do niej czuję i z pewnością nie było to zwykłe czasowe zauroczenie jak w przypadku Stweart. 
    Chyba dlatego szedłem przez pół Londynu pod adres, który wymusiłem szantażem od ludzi, którzy nie raz załatwiali mi gorsze rzeczy i wyciągali z bagna. Obiecałem im już, że nigdy się już do nich nie odezwę jak znajdą to na czym mi najbardziej zależało, moją Destiny. Chociaż nie znałem jej nazwiska, ale wiedziałem, że jej imię będzie lepiej współgrało z moim. W końcu byliśmy dla siebie stworzeni i przypisani w niebie. Dlatego zapuściłem się w nieznaną część stolicy Wielkiej Brytanii jedynie z małym kociakiem na rękach, nie bałem się, że zgubię się po drodze, bo wiedziałem, że serce doprowadzi mnie do niej prędzej czy później. Jeżeli adres, który podał mi Tom byłby fałszywy, zawsze mógłbym przebrać się za psa i zacząć szczekać pod budynkiem schroniska. Może by mnie przygarnęła jakbym spojrzał w jej zielone oczy... Będę musiał spróbować. 
    Stanąłem nagle pod jednym z identycznych domków i spojrzałem na jedno świecące się okno, można było dostrzec niewysoką sylwetkę dziewczyny, która zmywała naczynia. Nogi bez zgody poniosły mnie pod same drzwi, a palce same nacisnęły dzwonek, który rozległ się w całym domu. Nie minęła minuta, kiedy drzwi się uchyliły. Serce zaczęło mi walić jak dzwon, bałem się, czy przypadkiem szatynka go nie usłyszy. Przede mną stanął wysoki, chuderlawy blondyn ze spodniami w kroku. Nieświadomie zrobiłem krok do tyłu cicho bąknąłem:
-Przepraszam, ja chyba pomyliłem domy...-odwróciłem się na pięcie i ruszyłem przed siebie przyciskając małego kocurka do swojej rozedrganej piersi. Zmusiłem się opanować łzy, które napływały mi do oczu. Jak mogłem być taki głupi i myśleć, że taka cudowna dziewczyna nie ma nikogo. Byłem już w połowie drogi,kiedy usłyszałem, że ktoś woła moje imię. Powoli się obróciłem i dojrzałem małą postać biegnąca do mnie w samej piżamie i swetrze narzuconym na ramiona. Biegła do mnie krzycząc "Harry, zaczekaj!", podbiegłem do niej i wpadliśmy sobie w ramiona patrząc sobie w oczy.
-Czemu uciekłeś?-zapytała ze smutną miną, dotknąłem jej rozpalonego policzka zmarzniętą dłonią i uśmiechnąłem się pod nosem.
-Przecież był tam jakiś chłopak...-zacząłem, a ona wybuchła głośnym melodycznym śmiechem.
-Idioto, to był mój przyrodni brat!-stanęła na palcach i poczochrała mnie po włosach. Chciała się do mnie mocniej przytulić, ale kot stanowczo zamruczał.-O boże, masz Pepe...
-Tak sobie pomyślałem, że może nas do siebie przygarniesz?-zapytałem robiąc wielkie kocie oczy i błagalnie się uśmiechając. 
-Oczywiście-odpowiedziała i pociągnęła mnie z kark w dół, aby móc wpić się w moje zimne wargi. Całowaliśmy się na chodniku w środku nocy i ta sceneria w niczym mi nie przeszkadzała, aby przeżyć najlepszy moment w moim życiu. Zdjąłem swój płaszcz od Bruberry i zarzuciłem na szczupłe ramiona Destiny i oboje wróciliśmy do jej domu nie odrywając od siebie wzroku.


Jeszcze jeden rozdział, który pojawi się w rocznicę powstania bloga, cyzli 8 lutego, i będe musiała się z wami na dobre pożegnać. 

29 stycznia 2013

|48|


Robiłem powoli krok za krokiem, nie przejmując się tym, że już osiemdziesięcioletni dziadek juz mnie przegonił i zostawił daleko w tyle. Co oni dają do jedzenia tym ludziom w domu spokojnej starości? Jakieś sterydy czy faszerują ich jakimś innym zmodyfikowanym żarciem? Nikt normalny nie chodzi jak Forest Gump biega. Przynajmniej nie ja, ani mój kociak na rękach; nikt inny w tej chwili się nie liczył. Chodziłem z nim od dobrych dwóch godzin od parku do parku gadając do niego, jak do małego dziecka. W końcu był dla mnie jak mały synek, który wlepiał we mnie swoje wielkie żółte oczy z rozszeżonymi źrenicami. Ludzie mnie obserwowali z czystym zaciekawieniem, kiedy postanowiłem posadzić kota na huśtawce dla małych dzieci, zanim zdążyłem go dobrze rozbujać, zsunął się i spadł na żwir. Zaraz rzuciłem się, aby go jakoś odratować,  ale on jak gdyby nigdy nic wszedł mi na moją dłoń i kiedy przytuliłem go do piersi wbił pazurki w mój sweter , i  jak zwykle powyciągał włóczkę. Nie minęła minuta, a zaczął mruczeć. Razem byliśmy tacy uroczy, że każda nastolatka do nas podchodziła i robiła sobie z nami zdjęcia.
Rozejrzałem się dookoła i stwierdziłem, że słońce już dawno zaszło za horyzont, a ja nie wiedziałem, w której części Londynu jestem.
-No i widzisz, tatuś nas zgubił-powiedziałem do malutkiego kocurka, któremu oczy świeciły się jak dwie latarki.- Musimy znaleźć jakąś drogą do domu twojej mamusi, Liz.  Ona będzie się tobą opiekowała pod moją nieobecność, z pewnością się polubicie, w końcu dla niej ciebie adoptowałem. Ale i tak wiem, że ja zawsze będę bardziej cię kochać... Wiesz, że chyba będziemy musieli trochę pobłądzić? Bo naprawdę nie wiem gdzie jestem, przyszliśmy stamtąd, ale teraz tam nie ma światła i nie jestem pewny czy jednak stamtąd przyszliśmy... A może stamtąd? Miałknij jeżeli mamy iść w prawo, a jeżeli w lewo zamrucz-zasugerowałem mojemu Pepe, on w odpowiedzi zrobił ciche „miau”-No dobra, czyli idziemy w prawo...Wiesz, że teraz doszło do mnie, że Lizzy może cię wyrzucić z domu, bo widzisz ona jest w ciąży i chyba nie może mieć kotów w otoczeniu,  bo to źle wpływa na rozwój dziecka, czy coś. Tak mi mówiła twoja ciocia, ale pewnie nie ma racji, więc zostaniesz u nas, mój ty mały Pepciu.
   Coraz bardziej zagłębialiśmy się w miasto, wcale nie zbliżając się do celu, ale może jednak jeszcze trochę pokrążymy i trafimy na miejsce, w końu musimy kiedyś dotrzeć na miejsce. Londyn nie jest, aż taki duży, poza tym mieszkam tu od jakiegoś czasu i chyba powinienem znać, choć częśc tras spacerowych. Wszystko byłoby łatwiejsze, gdybym miał swój samochód, który ma GPS, wtedy bez problemu trafiłbym pod dom Ellie. Jedyną osobą, do której mogłęm zadzwonić był Paul, więc jedną ręką wyjąłem swojego iPhone’a z kieszeni i wcisnąłem dwójkę.
-Paaaaauuuul?-zacząłem udając, że jestem zapłakany, żeby wszystko było bardziej realne pociągnąłem nosem.- Zguuubiłem się! Mógłbyś mnie znaleźć i po mnie przyjechać, ja się nie ruszam-nic więcej nie mówiąc rozłączyłem się i usiadłem na najbliższej ławeczce przy przystanku.
-No to, Pepciu czekamy na wujka Paul’a, powinien w jakąś godzinę do nas trafić, tylko czekaj, ja nie powiedziałem mu gdzie jesteśmy, ale skoro ja nie wiem gdzie jestem , to jak mam mu powiedzieć... –spojrzałem na kociaka, który głośno zamiałczał.-Mówisz, że mam się rozejrzeć i poszukać nazwy ulicy? Ty mądry jesteś, nigdy bym na to nie wpadł. Skąd ty jesteś taki mądry, skoro ja jestem taki głupi? Inteligencje się dziedziczy? Chyba nie, ale to chyba dobrze... Nie chcę, żebyśi ty gadał do swoich zwierzaków, bo to dziwnie na ulicy wygląda-dopiero teraz zdałem sobie sprawę, że przez ostatnie kilka godzin rozmawiałem z mało rozumnym kotem,  który patrzył na mnie jak na  jakiegoś idiotę. Tak, Styles jesteś idiotą, z zaburzeniami psychicznymi. Ale to nie moja wina, to ten kociak źle na mnie wpływa, bo ma takie mądre oczy, które wyrażają wszystko...
Przerwałem swój monolog myśli, bo przed moimi stopami zatrzymał się mój Land Rover, rzuciłem się do drzwi pasażera, nie zracając uwagi, że trafiłem Pepe w lusterko. Usadowiłem się na wygodnym skórzanym fotelu i spojrzałem na Paula... który był w piżamie?!
-Paul, czy ja cię wyciągnąłem z łóżka?-zapytałem, a on mi odpowiedział mi miną, co ty nie powiesz. Jak bliżej mu się przyjrzałem stwierdziłem, że ma nawet puszyste kapcie na wielkich stopach.- Przperaszem, ale ja i Pepcio się zgubiliśmy i nie wiedzieliśmy jak wrócić do domu.
-Ty drugi mnie obudziłeś, najpierw twoja siostra,  która z piętnaście razy do mnie dzowniła dopytując się czy nie mam z tobą kontaktu, bo ona nie może się dodzwonić. Potem ja starałem się z tobą skontaktować, ale nie odbierałeś. Dopiero później wszcząłeś alarm, że się zgubiłeś-odpowiedział swoim wymownym tonem, którego najbardziej się bałem. Był gorszy od Liama, kiedy się wkurzy, ale tak słodko się złościł, ale nie teraz, nie akceptował,  kiedy żartowałem z poważnych rzeczy.- Jak dobrze, że zamontowałem wam GPS’a w telefonach i nie muszę zastanawiać się, gdzie was wiatr wywiał... Co to za zwierzak?
-To nie zwierzak, to Pepe, mój synek-na znak miłości przytuliłem go mocniej do piersi, a ten w akcie sprzeciwu wysunął pazury i drapnął mnie po policzku i szyi. Wściekły zrzuciłem go z kolan i przycisnąłem dłoń do miejsca, z którego teraz sączyła się krew.- Głupi kot, głupi kot! Jak mogłeś to zrobić tatusiowi, który cię kocha?!
Ochroniarz jedynie sie rechotał widząc mnie, jak staram sie zatamować krew i starać sie zpechnąć kocura, który jak broszka przywarł do mojego swetra. Tego było za wiele, chciałem otworzyć okno i go za nie wyrzucić, ale w ostatniej chwili się powstrzymałem. Destiny nie wybaczyłaby mi tego, przecież to było nie dopuszczalne,  żeby tak wyrzucić tak biednego kota za okno, na pewną śmierć.
-Pepe, wybacz!-przytuliłem żywą broszkę, tak, że oczy wyszły  jej z orbit, a potem zdałem sobie sprawę, że stoimy w miejscu.-Dlaczego sie zatrzymałeś?-skierowałem pytanie do Paul’a.
-Przecież stoimy pod domem twojej ukochanej-zachichotał swoim głębokim barytonem.
-Destiny?!-odpaliłem, a Haggins spojrzał na mnie wielkimi ze zdziwienia oczami, dopiero później zdałem sobie sprawę, że wypowiedziałem imię świeżo poznanej dziewczyny.-To znaczy Liz?
-Nie podoba mi się to co powiedziałeś, więc znikaj mi już z oczu-bez sprzeciwu wyskoczyłem z samochodu głośno trzaskając drzwiami, powolnym kroikiem skierowałem się w stronę zapalonych okien. Cała okolica była niesamowicie cicha, wiedziałem, że z kilkudziesięci metrów można było usłyszeć szmer żwiru, po który znajdował się pod podeszwami moich Converse’ów. Mały kocur zamruczał kiedy stanąłem na niewielkim ganku, wziąłem go na ręce i po cichu weszliśmy do środka miniaturowego domku Liz, który nie raz zmasakrowaliśmy z chłopakami. Ze względu, że był taki mały, a ściany cienkie wszystko było słychać, z kuchni można było usłyszeć ściszone głosy mojej siostry i Liz, żadna z nich nie cieszyła się po wspólnie spędzonym dniu, a wręcz były smutne. Lizzy miała zachrypnięty głos i praktycznie szcepcząc powiedziała:
-Nie będę w stanie mu tego powiedzieć, ja nawet nie chcę...-zrobiłem jeszcze kilka kroków i na migi pokazałem mojemu pupilowi, żeby był przez chwilę chicho.
-Przeciez nie będziesz ukrywać tego w nieskończoność, w końcu wyjdzie to na jaw...-ale co wyjdzie na jaw? Dlaczego moja siostra i Ellie były takie tajemnicze i co było, aż takie ważne, że mówiły o tym szeptem?- Harry, będzie wściekły jak przypadkowo się o tym dowie, niż  jakbyś ty mu powiedziała, z pewnością zrozumie...
-Nie mam zamiaru mu mówić na razie o poronieniu, pamiętasz jak było z ciążą...-o czym ona mówiła?! Jakie poronienie?! To chciała przede mną ukrywać?! Nawet nie chciała mi o tym wspominać?!
Z tego wsyztskiego ręce mi opadły i na podłogę upuściłem swojego skarba, a ten z bólu głośno miauknął zwracając tym uwagę dwóch dziewczyn siedzących w kuchni. Gwałtownie się odwróciły i obie przerażone otworzyły szeroko usta, wyglądały jak ryby, które po wyjęciu z wody starały się złapać jeszcze tlen. Pierwsza przemogła się Dominique:
-Harry, co ty tu robisz?-powiedziała ze sztucznym uśmiechem, otrząsając się z chwilowego szoku.- Od dawna tu jesteś?
-Jestem tu na tyle długo, aby dojść do wniosku, że Liz chce przede mną ukrywać to, że poroniła-powiedziałem z kamienną twarzą i beznamiętnym tonem.- Wystarczyło mi powiedzieć, zrozumiałbym, ale nie ty wolałaś przede mną wsyztsko ukrywać. No i co jakoś bym się dowiedział, przypadkowo teraz. Ale to nie ma znaczenia, bo już nie widzę sensu, aby ciągnąć dłużej nasz związek, jeżeli chcesz wszystko przede mną ukrywać.
-Harry, nie... proszę cię-ręce jej się trzęsły, a oczy zaczęły błyszczeć.- Ja nie chciałam...
-Owszem, chciałaś-rzuciła mi sie na szyję starając się, żebym spojrzał w jej załzawione oczy.- A teraz wybacz, muszę się przejść-odusnąłem ją od siebie i wziąłem na ręce kociaka, który teraz łasił się do moich kostek i oboje ruszyliśmy w mrok zostawiając łkającą Liz i moją siostrę, która na siłę chciała mnie przy niej zatrzymać.
Ja nie widziałem sensu, aby dalej to ciągnąć, ona tez to powinna zrozumieć, szczególnie, że dziś sie przekonałem, że nic do niej nie czuję, a ona upewniła mnie w mojej decyzji.

26 stycznia 2013

|47|

-Długo będziesz tu jeszcze siedzieć?-zapytałam po dobrej godzinie leżenia wciąż pod łóżkiem. Każdy mięsień zaczynał mnie już boleć, a ręce stały się zimne. Jednak wolałam przebywać tutaj niż patrzeć jak Dominique mnie obserwuje.
-Tak długo, dopóki stamtąd nie wyjdziesz-odparła podnosząc się z ciasnego łóżka.- Zresztą nie tylko ja zaraz tu będę...
-Nie mów, że kazałaś Harry'emu się zerwać z prób w studiu, żeby teraz patrzył na mnie, kiedy żałośnie się kulę pod łóżkiem-jęknęłam; w głębi duszy chciałam wystać i walnąć w twarz siostrę Hazzy, ale wciąż tkwiłam w tym samym ciasnym miejscu pod materacem.- Jeżeli to zrobiłaś już nie żyjesz.
-Nikt nie mówił, że dzwoniłam do mojego brata, dobrze wiem jakby zareagował, wolę nie ryzykować twojeog życia i mojego-powiedziała i w tym momencie otworzyły się drzwi do pokoju. Z mojej pozycji mogłam dostrzec tylko obłocone buty, założone w pośpiechu, bo sznurówki niedbale opadały na ziemię. Kojarzyłam je skądś, ale właściciela nie mogłam sobie przypomnieć.
-Gdzie ona jest?-usłyszłam zatroskany głos, rozpoznałabym go zawsze. Był najkochańszym głosem na tej pół kuli.  Wiedziałam, że Dommy wskazała na łóżko pod którym teraz przebywałam.
-Zostawię was samych-mruknęła i opuściła sypialnię, ja natomiast zwinęłam się w jeszcze mniejszy embrion, o ile było to możliwe.
    Payne szybkim ruchem przesunął drewniany stelaż z materacem i spojrzał na mnie, znałam ten wzrok. Nie minęła sekunda kiedy opadł na kolanach i przytulił mnie do swojego torsu, dopiero teraz zdałam sobie sprawę, że autentycznie się trzęsłam. Kiedy poczułam jego charakterystyczny zapach mięty i wody kolońskiej po moich policzkach popłynęły strumienie łez.
-Ciii...-szepnął całując mnie w czubek głowy.- Wszystko będzie w porządku, nie płacz, proszę... Ellie, jestem przy tobie... No nie płacz, bo ja zaraz się rozkleję...
-To płacz razem ze mną-odburknęłam przez łzy, widząc jego wyraz twarzy moje kąciki ust zadrgały i minimalnie się uniosły. Nie miałam pojęcia dlaczego tak na mnie działał, ale był moim słońcem, które ratowało mnie z objęć ciemności.-Dziękuję, że jesteś... Zawsze wtedy kiedy cię potrzebuję... Przperaszam cię, że cię odrzucałam przez tyle czasu, ale nie chciałam ryzykować...
-Ale dlaczego chciałaś ryzykować?-był zdziwiony, uniósł gęste brwi, nie chciałam mu o tym mówić, ale teraz nie miałam innego wyjścia. Chciałam cofnąć czas i już nigdy więcej o tym nie wspominać.-Powiedz mi, proszę...
-Nie chciałam ryzykować, że się w tobie jeszcze bardziej zakocham-odparłam i wtuliłam się w jego ramie, oczekując, że ochroni mnie przed jego wzrokiem i wszystkim innym.
-Kochasz mnie?-zapytał głośno przełykając ślinę, uniósł głowę w stronę sufitu, nie wiedziałam co to miało znaczyć.Wziął głęboki oddech i czekał na moją odpowiedź, ale ja nie zamierzałam mu nic mówić. I tak za dużo powiedziałam, nie powinnam mu wspominać o tym, że wciąż coś do niego czuję.-Odpowiedz..-zaczął delikatnie, ale nie uzyskawszy żadnej reakcji.-Odpowiedz!-podniósł głos, rzadko na kogokolwiek krzyczał, na mnie nigdy, aż do teraz.- Jak mam potrkatować twoje milczenie? Mam sobie pójść...?-chciał mnie od siebie odsunąć, ale ja jęknęłam w proteście i mruknęłam ciche "nie".
-Zostań-poprosiłam, spojrzał na mnie zdziwiony.-Nie zostawiaj mnie tutaj samej, proszę...
-Ale po co mam tu siedzieć, skoro nie jestem pewncy co do twoich uczuć...?-nie dawał za wygraną, ale ja byłam tak samo twarda jak i on, ale kiedy odsunął sie ode mnie nie wytrzymałam.
-Kocham cię, więc proszę nie odchodź...-najwyraźniej na to czekał, wtuliliśmy się w siebie i oboje zaczęliśmy cicho łkać.
-Nigdy nie odejdę-szepnął mi do ucha i spojrzeliśmy sobie w oczy, nie tylko ja miałam w nich szklanki-i nie pozwolę tobie odejść-mocniej mnie przycisnął do swojego rozszalałego serca.-Słyszysz jak bije?-zapytał, ale nie poczekał chwili na odpowiedź-Bije tylko dla ciebie, przez te miesiące bez ciebie czułem pustkę. Kiedy jestem z tobą to miejsce-wskazał na miejsce skąd dudniło jego serce- na nowo odżywa, nie zionie pustką, ani nie krwawi, więc proszę cię tylko o jedno, nie zostawiaj mnie, bo jeszcze raz nie przeżyję tej rozłąki.
    Kiedy skończył mówić, ja jeszcze bardziej sie rozkleiłam i w głębi duszy chciałam siebie zabić. Sprawiałam przykrość osobie, którą jedynie kochałam, on był moją miłością, a ja głupia odeszłam od niego dla Zayna. Potem kiedy Malik mnie zranił od razu wpadłam w ramiona Harry'ego, który darzył mnie takim samym uczuciem jak ja Liama. Nie chciałam go ranić, wiem jak to jest kiedy druga osoba tego nie odwzajemnia. Dlatego nie mogłam dłużej tu stać. W ramionach innego. 
    Odsunęłam się od Payne'a i z nikłym uśmiechem stwierdziłam, że muszę na chwilę pójść do łazienki, która znajdowała się na dole. Miał tu na mnie czekać, widziałam iskierki w jego oczach i jak się uśmiecha, bo wie, że wróciłam do niego i teraz będziemy na zawsze razem. Wiedziałam, że długo nie będzie się cieszył, w końcu zaraz zniknę z jego życia, tak samo szybko jak pozwoliłam dopuścić do tego, że dowiedział się o moim uczuciu. Nie chciałam mu tego robić, ale jednak nogi same poniosły mnie na zimny chodnik i zmusiły do biegu, który sprawiał, że moje płuca odmawiały posłuszeństwa. 


      Już po raz kolejny obszedłem salon w domu Liz, który nie należał do największych, więc kilkoma krokami pokonywałem dystans spod drzwi kuchni do okna i z powrotem. Mało brakowało, żebym wydrążył mały tunel w bambusowych panelach. Czekałem dobrą godzinę na Dominique, która miała przyprowadzić do domu Ellie, która nagle przepadła. Jakieś dziewięćdziesiąt minut temu zadzwonił telefon, po którym moja siostra nic nie mówiąc wybiegła z domu. Dopiero później zadzwoniła do mnie i wyjaśniła, że wyszła, aby poszukać mojej Lizzy.
     Niepokoiłem się, nie wiedząc nawet dlaczego. Ręce mi się trzęsły, więc postanowiłem przejść się po najbliższym kwartale, aby mój mózg odrzucił jakieś złe myśli, które z minuty na minutę były coraz mniej kolorowe.
    Nie zauważyłem nawet kiedy trafiłem pod niewielki plac z szczekającymi czworonogami w ciasnych klatkach. Schronisko zapewne, nikt w Londynie nie trzymał, aż tak dużej ilości psów w jednym miejscu. Przekroczyłem drewnianą bramkę i z uśmiechem podszedłem do kojca, aby pogłaskać przemiłego kundelka wesoło machającego ogonem. Każdy pies merdał kikutem jakby miał mu zaraz odpaść, kiedy podchodziłem bliżej. Zajrzałem do środka budynku, żeby pooglądać kolejne zwierzaki, w środku dostrzegłem  niewysoką szatynkę, z pięknym uśmiechem. Stała przy mniejszym kojcu trzymając na rękach małego kociaka, szybkim krokiem podszedłem do miejsca gdzie stała i przyjrzałem się wszystkim kotkom.
    Patrząc na nie stwierdziłem, że jeżeli przez najbliższe miesiące, kiedy mnie nie będzie Liz będzie kompletnie sama, więc chyba kot do towarzystwa by sie jej przydał. Przecież one były takie słodziutkie, szczególnie ten, którego piękna nieznajoma trzymała na rękach. Tuliła go jak swoje dziecko do swojej piersi, a pupilek przyjemnie mruczał.
    Dziewczyna najwyraźniej zauważyła, że przyglądam się kociakowi, więc zapytała:
-Chcesz potrzymać małego Pepe?-podała mi go z szerokim uśmiechem, spojrzała na mnie swoimi wielkimi zielonymi oczami, wzdłuż mojego kręgosłupa przeszedł ciepły, przyjemny dreszcz, a moje kolana na moment straciły środek ciężkości. Przełknąłem głośno ślinę i odebrałem od niej małego kocurka, który od razu przyczepił się pazurkami do mojego swetra, kiedy zacząłem drapać go za uchem zaraz zamknął wielkie paczadła i zamruczał.- O dziwo cię lubi... Przy okazji jestem Destiny-podała mi rękę, a ja jedną wolną ją uścisnąłem.
-Harry-przedstawiłem się i jeszcze raz zdołałem się przemóc spojrzeć w jej oczy.-Mogę adoptować tego kotka?
Początkowo zdziwiona uniosła brwi, ale moment później posłała mi szeroki uśmiech i skinęła trochę zbyt energicznie głową. Przez cały czas kiedy podpisywałem różne papiery dotyczące adopcji kota nie mogłem się skupić nad niczym innym, niż pięknej Destiny, która stała ode mnie jedynie kilka centymetrów. Jej obecność nad wyraz dziwnie na mnie działała, nigdy mi się nie zdarzało, że zwykłe spojrzenie sprawiało, że serce wykonywało skomplikowane akrobacje, pewnie gdyby nie żebra dawno by już wyskoczyło. Myślałem kilka minut nad tym, aby zapytać ją o numer, ale w końcu się przemogłem, co prawda cała prośba była wymówiona łamliwym głosem, ale ona tego nie zauważyła, a nawet jeżeli to potraktowała to jako urocze i chwilę później miałem żółtą karteczkę z kilkoma cyframi, z których prawdę mówiąc cieszyłem się bardziej, niż z miliona innych rzeczy. Miałem różne dziwne przeczucia odnośnie tej dziewczyny, ale to, że zawróciła mi w głowie wiedziałem na pewno, już nie przejmowałem się jakimiś nieistniejącymi problemami mojej dziewczyny, bo w głowie miałem tylko oszałamiający uśmiech i niebiańskie oczy, które przyprawiały mnie o szybsze bicie serca i motylki w brzuchu. Nie wiedziałem co z tym zrobić, w końcu miałem dziewczynę, szczególnie, której obiecałem wierność i to, że zaopiekuję się jej maleństwem, które zmajstrował jej jeden z moich kumpli. Nie mogłem jej teraz zostawić ze wszystkim, moja siostra, jak i matka nie spojrzałyby mi w oczy, szczególnie, że moja mama już zaakceptowała Lizzy i to, że planujemy razem wspólną przyszłość.
    Nie wiedziałem co nastąpi, ale postanowiłem się tym nie martwić, mając małego kociaka w swoich dłoniach, on pozwolił mi uwolnić się od tych wszystkich złych myśli.



14 grudnia 2012

|46|

          Londyn-mój dom; zawsze zachmurzony i deszczowy, ale jednak to tu się wychowałam i będę zawsze dobrze wspominać kałuże przed domem, które przeskakiwałam będąc jeszcze w wieku Pauline. Wracałam wspomnieniami do tych beztroskich chwil z nutą melancholii, która towarzyszyła mi już od dłuższego czasu, właściwie odkąd przeprowadziłam się do tego zaniedbanego bliźniaka. Sprawiał wrażenie przytulnego, ale nigdy mi nie zastąpi mojego prawdziwego rodzinnego gniazdka, gdzie się wychowywałam wraz z dwójką rodziców. Niestety byłam taka głupia i pozwoliłam go sprzedać ciotce, żeby teraz móc samodzielnie zamieszkać z młodszą siostrą w małym i przesiąkniętym wilgocią baraku. Od czasu kiedy poznałam chłopców coraz rzadziej spędzałam tu czas, bo zawsze gdzieś mnie wyciągali albo zapraszali do siebie, oczywiście nie maiłam nic przeciwko temu, że sami często tu siedzieli.
Na przykład teraz- rodzeństwo Styles i Niall wraz z Tomlinsonem. Wszyscy zajmowali się mną, bo wciąż odczuwałam nieprzyjemne skurcze u dołu podbrzusza. Ja twierdziłam, że nic mi nie jest, ale pozstała czwórka chciała mnie już wysyłać na OIOM. W końcu po prawie godzinie doszliśmy do wniosku, że zawiozą mnie do mojego ginekologa i dopilnują żebym weszła do gabinetu. Ja byłam przeciwko tak dużej eskorcie, ale nie mogłam nic poradzić, no w sumie mogłam, ale nie maiłam na to siły, więc z trudem wybłagałam Dominique żeby po cichu wsadziła mnie do taksówki, skąd sama dojadę do kliniki.

    Siedzenie na niewygodnych siedzeniach taryfy nie trwało długo, bo korki o tej porze jeszcze nie dotarły do części Londynu gdzie znajdował się budynek kliniki. Był ogromny, biało-szary z wielkimi oknami, ale przypominał praktycznie każdy szpital w Wielkiej Brytanii. Kilkoma krokami pokonałam odległość od krawężnika do automatycznych drzwi i poczułam przyjemne ciepło, na dworze było mokro i zimno, a ja nie wzięłam nawet płaszcza. Podeszłam do kontuaru, gdzie stała uśmiechnięta dziewczyna, niewiele ode mnie starsza w białym kostiumie.
-Pani Stweart?-zapytała wciąż sztucznie się do mnie uśmiechając; w odpowiedzi skinęłam głową i głośno przełknęłam ślinę.-Pan Sterling już na panią czeka w swoim gabinecie.
Przyjęłam informację do wiadomości kiwając niezbyt inteligentnie głową; skierowałam się w stronę białych drzwi, przed którymi jeszcze niedawno oczekiwałam na wizytę, na którą umówiła mnie Dominique. Tym razem nir tylko ona mnie zmusiła, Harry też nalegał, żebym wybrała się do lekarza, bo nie może już patrzeć jak się męczę. Chyba tylko dlatego tutaj jestem.
    Zanim zdążyłam przekręcić gałkę, drzwi same się uchyliły, a w nich stanął wysoki mężczyzna, którego oczy wciąż pamiętałam, nawet myślałam nad nimi pewnej nocy. Ale potem jakoś mi wypadło z głowy, zresztą jak wszystko inne.
    Usiadłam na śnieżnobiałym krześle przy biurku i spojrzałam na doktora. Zerknął w moją kartę, a jednocześnie zakładał jednorazowe rękawiczki do badania. Był zdziwiony kiedy podniósł wzrok na mnie i zdał sobie sprawę, że jeszcze nie jestem gotowa do badania.

    Ubrana czekałam już na wyniki jakie mi przekaże doktor Sterling, nie miał jakiejś zadowolonej miny, coś było nie tak.
-No więc, moja droga Elizabeth, nie jest za wesoło. Masz takie kłopoty jak twoja mama, najwyraźniej choroba genetyczna, na którą niewiele możemy zdziałać. Proszę cię, żebyś się oszczędzała, najlepiej leżała i nic innego nie robiła, oczywiście bez stresu, więc radziłbym żebyś jakieś wyciskacze łez czy filmy akcja odłożyła na kiedy indziej-odłożył długopis i spojrzał mi prosto w oczy.- Nie wiem czy nawet donosisz to dziecko, jeżeli tak to będzie cud, nawet jeżeli urodzisz dwa miesiące przed terminem... Miałem ci coś jeszcze powiedzieć, ale ze względu na ten stan nie będę cię denerwować...-podniosłam wzrok i pewnym głosem odparłam:
-Nie, proszę kontynuować, postaram się zachowac spokój w każdej sytuacji.
-Nie wiem jak ci to powiedzieć, od czego zacząć, jest tyle rzeczy jakie mam ci do powiedzenia, ale nie mogę ci przecież wszystkiego na raz powiedzieć, szczególnie teraz...-przerwał, ale po chwili przełknął głośno ślinę, aż jabłko adama mu podskoczyło do góry, później spojrzał na mnie.-Gdyby to wszystko było takie proste... Twoja matka była jeszcze taka młoda, ale kiedyś twój ojciec wyjechał na dwa lata, pracował za granicą, na stałym kontynencie, chyba w Holandii o ile się nie mylę. Opiekowałem się twoją mamą, byłoby wszystko bez zarzutu, gdyby nie jedna noc...
-Chce pan powiedzieć, że moja mama przespała się z panem?-zrobiłam wielkie oczy,ale starałam się opanowac każde emocje. Przecież to normalne, że kiedyś matce się zdarzyło, ale dlaczego dowiaduję się o tym od jej kochanka?
-Tak, nie inaczej i było to jakieś 20 lat temu...-teraz wszystko się rozjaśniło, każde niedopowiedzenie było jasne. Gwałtownie podniosłam się i niewiele myśląc wybiegłam z gabinetu, biegłam korytarzem przepychając się po przez kobiety w ciąży, nie wiedziałam co mam robić, a tym bardziej kiedy po moich policzkach zaczęły płynąć łzy. Na ulicy było mi zimno, ale nawet się nie trzęsłam, szłam przed siebie nic nie widząc co mam pod nogami.
   Szłambym dalej, gdyby czarna karoseria we mnie nie wjechała. Nie pamiętam nic z tamtej chwili, mnóstwo krwi, kierowca, który mnie tylko objechał i pojechał dalej. Potem ciepłą dłoń na moim bladym czole i rozedrganym ciele, chwile później przebłysk czarnych włosów, które musnęły moje mokre policzki. W ogół mnie było niewyobrażalnie głośno, ale ja i tak myślałam tylko o ilości krwi, która była w okół mnie. Była aż tak duża, aż straciłam przytomność.


    Obudziłam się w łóżku, które dobrze znałam, spałam tu jak miałam dość samotności i przyjeżdżałam do ciotki. Znałam ten dom świetnie, a szczególnie te cztery ściany, biały sufit z zabitą muchą od południowej strony, którą zabiłam kilka miesięcy temu rzucając butem w pająka, ale nieszczęściem trafił w innego robala. Chciałam się podnieść, ale nie mogłam, byłam cała obolała, szczególnie nogi i brzuch mnie bolały. Dotknęłam swojego podbrzusza w oczekiwaniu małej piłeczki, ale nic tam nie było, tylko wielkie otarcie, jakby coś we mnie wjechało, jakiś rower czy coś... Nie pamiętałam niczego z tego co się wydarzyło, oprócz krwi, było tyle krwi... Drzwi się uchyliły i do środka wślizgnęła się wysoka brunetka z kocem w jednej ręce, a w drugiej z kubkiem herbaty, czy czegoś parującego.
-Żyjesz jeszcze?-zaśmiała się i usiadła w nogach łóżka, na skraju materaca.- Dobrze się czujesz? Nic cię nie boli? Dzwonić po lekarza?
-Dlaczego ty zadajesz pytania?-zapytałam zdziwiona, starając się podnieść do pozycji siedzącej, ale wszystko mnie bolało.- To ja nic nie wiem i nie pamiętam.
-Nic?-była lekko zaszokowana, nie spodziewała się tego.- Kompletnie nic? Nie czujesz nawet nic?
-Może ty mi wyjaśnisz, o co ci chodzi? Co mam czuć, kuje mnie coś w podbrzuszu i nogi mi drętwieją, psychicznie czuję jakąś pustkę...-Mari miała dość wysłuchiwania się mnie i w moje jęki, które raczej nie miały sensu.
-Ellie, poroniłaś-odpowiedziała głosem, który nie wyrażał nic, cholernie nic. Nie miał żadnego wyrazu, tak jak twarz mojej kuzynki siedzącej naprzeciwko mnie. To nie mogła być prawda, jak ja mogłam, to wszystko przeze mnie. Jak ja mogłam. Chciałam wstać, ale zamiast tego sturlałam się na podłogę z płaczem. Nie miałam już swojego dziecka, stąd ta krew, bo nogi miałam tylko posiniaczone, nic więcej.
    Wczołgałam się pod łóżko i zwinęłam w mały embrion, widząc, że Miyu chce do mnie dołączyć warknęłam na nią, że chcę pobyć sama. Musiałam przez to przejść w samotności, jak ja teraz to powiem Harry'emu? Załamie się, nie mogę mu sprawiać przykrości. Nie pozwolę żeby się dowiedział, może jak wróci mu o wszystkim powiem, ale nie teraz. Nie dziś, nie jutro. Będę to ciągnęła jak długo się da, nie chcę z nim stawać twarzą w twarz i mówić mu, że dziecko, na którym nam zależało obojgu zginęło. prze mnie, gdyby nie ja i moja bezmyślność w przechodzeniu przez ulicę, pewnie wszystko byłoby w porządku, ale oczywiście nie, ja wszystko muszę zepsuć, w tym przypadku zabić.
     Byłam okrutnym człowiekiem, nie powinnam tutaj być, była przecież owocem zdrady matki, wolałabym, żeby moje dziecko było tutaj zamiast mnie. Nie zasługiwałam na nic, powinnam zginąć, a nie teraz kulić się pod łóżkiem w kotach kurzowych i skarpetkach, które tu zostawiałam, ale teraz mi było wszystko jedno. Mogłam umrzeć w takich warunkach, byle nie musieć znosić codziennie tej myśli, że to przeze mnie zginęło moje maleństwo, a Hazza się załamie. Moja strata byłaby mniejsza niż, naszego maleństwa, które właściwie nie było jego, ale Zayna czy Liama, nawet nie miałam jak się o tym przekonać. Serce mi mówiło, że zamordowałam dziecko Payne'a, byłam jeszcze bardziej wyrodna, przecież on by je tak pokochał...
    Zauważyłam czyjeś bose stopy na panelach, nawet przez łzy mogłam dostrzec kolorowy lakier na paznokciach, nawet na tym najmniejszym. Tylko Dominique malowała się w ten sposób, nikt inny nie wyjeżdżał za linie, ale ona malowała praktycznie cały palec lakierem.
-Ells, wyłaź, nie mam zamiaru cię szukać, nie zrobię ci krzywdy, po prostu chcę cię przytulić, bo wiem jak ci jest ciężko...
-Gówno wiesz-odwarknęłam i skuliłam się mocniej, chciałam się gdzieś schować, żeby nikt mnie nie znalazł, ale jedyne co mi pozostawało to czekać, aż siostra Styles'a odejdzie.


Od autorki: Z góry przepraszam za tak długie odciąganie się z dodaniem czegokolwiek i gdziekolwiek, naprawdę mój leń twórczy ma aktualnie dziwną odmianę, dużo pisze, jednakże nie chcę się tym dzielić, szczególnie na tym blogu, kiedy wiem, że wszystko skończy się w kilku kolejnych rozdziałach  więc wybaczcie mi moje dziwne zachowanie, ale przywiązania ciężko się pozbyć.

Jeżeli ktoś chce być na bieżąco to zapraszam na opowiadanie Caretaker , a także na dniach pojawi się świąteczny shot, zatytułowany 17th of December


5 listopada 2012

|45|

    No i urlop się skończył, zresztą jak wszystko inne. Pora wracać do Londynu, pełnego deszczowych chmur. Tam już nie zobaczę wzgórz z lawendą, ale szare ulice z czarnymi taksówkami. Będzie mi brakowało tego jak Harry rozmawiał z ludźmi stąd pięknym francuskim, nawet prośba o jeszcze jedną butelkę mleka była niesamowicie romantyczna. Chłopcy jeszcze umilili nam ten wyjazd, co prawda, gdyby nie byłoby malkomenta Liama pewnie pojechalibyśmy wszyscy razem nad Lazurowe Wybrzeże, ale nie on musiał postawić na swoje. Nie będę się już go czepiać, w końcu każdy ma swoje humory... Może jego najgorsze dni właśnie przypadły na ten mój tygodniowy wypad ze Styles'em? Tego nie wiem, może po prostu my we dwoje nie możemy spędzać razem czasu w jednym pomieszczeniu. Bo przecież to nie jest normalne, że kiedy wchodzę do salonu to rechoczę z głupoty Niall'a albo Louis'ego, a potem widzę Payne'a i mój humor znika; zaczynam się z nim kłócić o postawienie szklanki na delikatnym drewnie. Zawsze były powody do jakiejś awantury, którą cała czwórka starała się uspokoić. Nie zawsze udawało im się nas pogodzić, ale raczej wszystko się kończyło kilkoma wyzwiskami. Nie wiem jak ja mogłam go kochać, przecież to prostak,  chamski prostak. Mam nadzieję, że nie będę musiała się z nim jeszcze kontaktować, wystarcza mi Hazza, Lou i Horan. Z Zayn'em rozmawiałam, ale były to sztywne rozmowy, wymienienie kilka zdań albo przywitania się podczas wpadnięcia na siebie w ogrodzie, on tak samo jak ja był do mnie zdystansowany. Jakoś mi to nie przeszkadzało, już dla mnie nic nie znaczył, był jedynie moim byłym, który prawdę powiedziawszy mnie mocno zranił, ale jakimś cudem mu wybaczyłam. Ale nie zamierzałam pod żadnym względem do niego wracać, nawet jakby mnie przekupili nie cmoknęłabym go w policzek, a tym bardziej jakieś inne czułości.
    Zdałam sobie sprawę, że od kilku minut stoję przy umywalce nic nie robiąc, a jakieś trzy osoby już dobijały się do drzwi łazienki. Nie wiem co się ze mną dzieję, ale odkąd tu przyjechałam coraz częściej się zamyślam, a właściwie odcinam się od tego świata, a ląduję w swoich wspomnieniach i przemyśleniach. Pośpiesznie chwyciłam ubrania grzecznie ułożone w stosik na małej drewnianej ławeczce pod niewielkim okienkiem, przez które wlatywało świeże powietrze. Kilkoma szybkimi ruchami chwyciłam luźną spódnicę sięgającą mi do kostek w kolorze pudrowego różu i odetchnęłam z ulgą, chyba jedyna rzecz w której wyglądałam jeszcze normalnie, we wszystkich innych miałam wydęty brzuch, który odstawał jak jakaś piłka.O obcisłych rurkach mogłam już zapomnieć, na szczęście miałam jeszcze długie koszulki, taka jak ta, którą teraz zakładałam. Nie przylegała do ciała i spokojnie mogłam usiąść nie martwiąc się o to, że maleństwo rozerwie ją na przodzie.( link do otufit'u )
   Opuściłam wilgotne ściany łazienki i boso przemierzyłam drogę do pokoju na piętrze, gdzie chciałam dokończyć się ubierać. Na schodach natknęłam się na Liama, dziwne. Tylko ja i Harry mieliśmy wspólną sypialnię na górze...
-Payne...?-zatrzymał się w pół kroku i obrócił ku mnie z wyraźną niechęcią.
-Tak, Stweart?-zapytał ze sztuczną uprzejmością i grymasem na twarzy, który zapewne miał być przyjacielskim uśmiechem.- Coś się stało?
-Czy ty przypadkiem nie byłeś w mojej sypialni?- założyłam ręce na piersi i oparta lekceważąco o ścianę czekałam na odpowiedź. Obserwowałam uważnie Liama, najpierw po jego twarzy przeszedł cień zdenerwowania, ale chwilę później stres zniknął, a pojawiła się pewna siebie mina.- Odpowiedz...
   Nic nie powiedział tylko podszedł maleńki krok, czułam jego wyrazistą wodę kolońską, która sprawiała, że miałam ochotę kichnąć, ale za wszelką cenę nie chciałam psuć tej chwili swoimi smarkami. A może zepsucie jej byłoby najlepszym rozwiązaniem, w końcu on wciąż się ku mnie nachylał, a ja nie miałam tak silnej woli, żeby się odwrócić albo chociaż go odepchnąć. Czułam jak trzęsły mi się ręce, a może jemu, nie miałam pojęcia prawdę mówiąc, bo chwycił moją rozedrganą dłoń i przyłożył sobie do policzka. Nie chciałam tego, nie, nie i jeszcze raz nie! Przecież to cham i prostak... Ale jakże niesamowite oczy miał... Harry jest w łazience, nie ma żadnej przeszkody...
-Liam, my nie możemy...-szepnęłam podnieconym tonem, teraz zdałam sobie sprawę, że go kocham. Najgorsze było to, że kochałam też Styles'a, on mnie też. Dlaczego sprawy się tak komplikują? Chciałabym po prostu zapomnieć o tym co mnie łączyło z Paynee'm i skupić się jedynie na związku z moim loczkiem, ale niestety nic nie było takie proste. A szatyn stojący przede mną mieszał jeszcze bardziej. Jakby nie mógł dać sobie spokoju ze mną, w końcu nie powinno się wchodzić do tej samej rzeki dwa razy... Ale też stara miłość nie rdzewieje...
JigglyPuff wykorzystał chwilę mojego zapomnienia i w ułamku sekundy wpił się w moje wargi, początkowo walczyłam starając się odepchnąć od siebie umięśnione cielsko, ale moje starania nic nie dawały. Nic innego mi nie pozostawało jak ulec i odwzajemnić pocałunek.Wolną ręką otworzył drzwi do mojej sypialni, ale ja jęknęłam. Zanim wepchnął mnie do pokoju znad jego ramienia ujrzałam jasną czuprynę i niebieskie ślepia patrzące z radosnymi iskierkami w oczach. Ja ze zdziwienia o mało nie zadławiłam się językiem Liama kiedy posłał mi pocieszający uśmiech i położył palec na ustach. Nienawidziłam siebie za to co robię, chciałam go zepchnąć w tej chwili kiedy przygniótł mnie swoim cielskiem przyciskając do ściany.
-Ellie, kocham cię...-szepnął odsuwając się ode mnie na kilka milimetrów. -Wróć do mnie... Zaopiekuję się tobą...
-Jest pewien problem, jestem zaręczona-nie chciałam kłamać, ale inaczej nie mogłabym go od siebie odepchnąć.
Stał zaszokowany wpatrując się we mnie swoim przerażającym wzrokiem. Speszona chwyciłam złote sandały i unikając patrzenia sobie w oczy zaczęłam je ubierać. Chciałam na niego nawrzeszczeć i wygonić go z pokoju, bo jego wzrok na mnie był już irytujący. Śledził każdy mój ruch kiedy ubierałam jeansową kurtkę na ramiona i zapinałam małe złote kolczyki.
-Wyjdź już stąd, nie chcę znosić ciebie jak się na mnie nachalnie gapisz!-krzyknęłam, wiedziałam, że nie powinnam się denerować ze względu na ciąże, ale Payne mnie samym swoim byciem wkurzał, sposób jak stał, jak się patrzył czy oddychał przyprawiał mnie o wściekłość.- Na co czekasz?
   Nic nie mówiąc wyszedł trzaskając drzwiami, które sekundę później się uchyliły. Siedziałam na łóżku i ze łzami napływającymi mi do oczu przyglądałam się jak Harry wchodzi do sypialni.
-Co się stało, bo minąłem wściekłego Liama na schodach...-zamilkł kiedy spojrzał na mnie, przysiadł obok i zatroskany mnie objął.-Kochanie, co ci zrobił?
Nie mogłam mu powiedzieć, nie w tym stanie. Nie mogę. Przygryzłam wargę i wtuliłam się w jego ramie ze szlochem. Nienawidziłam tego uczucia bezradności, było to gorsze od wyrzutów sumienia jakie teraz mną targały. Hazz mnie kochał, jak ja mogłam mu coś takiego zrobić... Jestem suką, on mnie szanował, praktycznie nosił na rękach, a ja mu się odpłacam zdradą z jego przyjacielem.
-Nie przejmuj się mną, teraz powinniśmy być w drodze na lotnisko, a nie siedzieć na łóżku i ryczeć z byle powodu-powiedziałam z kwaśnym uśmiechem na twarzy, poklepałam go pocieszająco po dłoni, która spoczywała na moim kolanie.- Poza tym, chyba nie będziesz leciał w samych bokserkach...?
Zaśmialiśmy się oboje, a ja w tym czasie kiedy on się ubierał, starałam się ukryć swoje czerwone, opuchnięte oczy pod warstwą makijażu. Niestety nawet drogie kosmetyki nie pomogły mi z czerwonymi białkami wyglądające jak u jakiegoś szczura czy królika. Wyglądałam okropnie i tak też się czułam. Może jednak klimat Londynu dobrze na mnie wpłynie, w końcu tam się wychowałam.
   Kiedy staliśmy już na podjeździe, poczułam jakies dziwne ukłucie, zachwiałam się i w porę Louis mnie złapał. Ułożyli mnie na ciepłych kamieniach schodów rozgrzanych przez popołudniowe słońce, znowu ten skurcz w podbrzuszu.
-Liz, wszystko w porządku?-zapytał zaniepokojony Styles klękając przy mnie.- Jak wrócimy od razu idziesz do ginekologa, bez wykrętów, bo jeszcze coś złego może się stać... A tego nie chcesz.
-Nie, naprawdę to zaraz mi przejdzie...-starałam podnieść się, ale wtedy odczuwałam jeszcze większe uciskanie.- Pomożesz mi wstać?-wyciągnęłam dłonie, a on delikatnie mnie pociągnął ku górze.
Starałam się udawać, że wszystko jest w porządku, ale tak nie było. Przez całą podróż musiałam praktycznie leżeć, ale nikt nie miał nic przeciwko, mogłam się wylegiwać w samolocie trzymając głowę na kolanach mojego loczka.

Od autorki: Witajcie, rozdział po raz kolejny wymuszony. Wiem, że nie powinnam narzekać na statystyki, ale chociaż te 4 komentarze, kiedyś było po 19, a teraz 1? :c 
Już nie jęczę i się ogarniam, ale w sumie to trochę mi przykro :c 
Jeszcze na koniec zaproszę was do przeczytania zapowiedzi do Caretaker. Może wam sie spodoba, mimo tego że nie ma tam 1D, ale zwykli nastolatkowie.
Nie będę się nad treścią rozpisywać, bo wszystko macie w notce na tumblrze, więc do następnego xxx

31 października 2012

|44|

         Minął tydzień, rana na głowie Harry'ego już powoli się goiła, ale wciąż nosił bandaż na swojej głowie. Wyglądał zabawnie z białym paskiem, spod którego wychodziły niesforne loki. Odgarniałam je od czasu do czasu, ale chwilę później on poruszał głową i wszystko wracało do punktu wyjścia.
Na szczęście wypuścili go w dniu kiedy mieliśmy polecieć na Prowansję, więc bez żadnego stresu wsiedliśmy do samolotu i wyruszyliśmy w podróż nad Lazurowe Wybrzeże. Co prawda w tym okresie nie było festiwalu w Cannes, ale i tak wiedziałam, że będzie to dla mnie niesamowite przeżycie. Nigdy wcześniej nie byłam w tej części Francji, właściwie dzięki chłopakom zaczęłam podróżować, wcześniej nie było mnie stać na wyjechanie z Londynu. Wolałam wziąć dodatkowy etat, niż urlop, z którego i tak bym nic nie miała, chyba, że kilkadziesiąt funtów mniej na koncie.
Teraz siedziałam na balkonie w luksusowej willi, a kłącza bluszczu rzucały drobny cień na moje stopy. Słońce idealnie padało na moją twarz muskając ją swoimi jasnymi promieniami, Harry leżał na materacu dryfującym po płaskiej tafli basenu, który był z każdej strony był otoczony roślinnością obrastająca wzgórza Prowansji.
-Ellie, przyniesiesz mi coś do jedzenia?-usłyszałam z dołu.
-W ciągu piętnastu minut chcesz pochłonąć kolejną kanapkę?-zażartowałam nawet nie podnosząc się z metalowego krzesła.- To ja powinnam się opychać ze względu na ciążę, a nie ty.
Usłyszałam cichy jęk,a potem cichy plusk wody co oznaczało, że nie zamierzał się ze mną kłócić tylko samemu przygotować sobie jakieś jedzenie. Zachowywał się od niedawna jak Niall, cały czas głodny... Albo mi się zdaje, ale przytył dobre dwa kilogramy. Mnie mała zjadała, więc zamiast tyć, chudłam, przynajmniej na wadze, bo mój brzuch przypominał już małą okrągłą piłkę. Nie czułam się z tym dobrze, bo część ubrań , które wzięłam do niczego się już nie nadawały, szczególnie rurki z wysoką talią, ich nie sposób było nawet wsunąć powyżej kolan. Byłam opuchnięta, było to widać nawet po stopach, ale niestety nie miałam tutaj ginekologa, a wyjazdu nie będę psuć, bo wyglądam jak balon. Przecież i tak nikt oprócz Harry'ego mnie tutaj nie widzi.
Odłożyłam książkę na stolik i powolnymi krokami zeszłam po drewnianych schodach, które skrzypiały przy każdym ruchu. Kuchnia była urządzona w starym francuskim stylu, zresztą jak cały dom. Ściany w kolorze pudrowego różnu idealnie zgrywały się z białymi elementami dekoracyjnymi i meblami w kolorze seledynu. Na stole przykrytym śnieżnobiałym obrusem była ustawiona zastawa dla sześciu osób, a nie dwóch jak zwykle. Spojrzałam na Styles'a, ale on był zajęty przygotowywaniem późnego drugiego śniadania, którego aromat roznosił się po całym domu, niczym zapach lawendy, która była praktycznie w każdym miejscu.
Nic nie mówiąc przeniosłam się do salonu, który zamiast ścian miał meblościanki, na każdej z półek były  książki. Niestety wszystkie w języku francuskim, więc musiałam polegać na swoich, które przywiozłam ze sobą. Sophie, bo tak nazywa się znajoma Hazzy, która wynajęła nam ten dom musiała poświęcić wiele czasu na dobranie dodatków, bo całość sprawiała niesamowite uczucie domowego ciepła.
Z zamyślenia wyrwały mnie znajome głosy.
-Ellie, Liz, Beth, Eliza-darła się całą piątka obsiadając mnie z każdej strony. Nie miałam pojęcia, że cały zespół tutaj przyjedzie, nawet Liam czy Zayn. Przytuliłam każdego z osobna i posłałam im szeroki uśmiech.
-Co wy tu robicie?-zapytałam opierając ręce na drewnianym fotelu na biegunach.- Nie pamiętam, żeby Harry mnie uprzedzał...
-Bo to niespodzianka-wydarł się Irlandczyk.- On wie od pięciu minut... Nie cieszysz się, balonie?
-Nie jestem balonem!-ostro się sprzeciwiłam. -Może jestem trochę spuchnięta, ale balonem nie jestem!
-No, nie bulwersuj się tak, El-powiedział Tommo obejmując mnie jednym ramieniem.- Ale powiedz mi, po co wam umywalka w przedpokoju?
-To już tak było!-krzyknął loczek z kuchni starając się przekrzyczeć gwizd czajnika.- My niczego tutaj się nie dotykaliśmy...
-Nawet łóżka?-Lou uniósł prowokująco jedną brew, a ja posłałam mu kukstańca w bok.-No nie wściekaj się tak, ja tylko żartuję, to wiadome, że robicie to na podłodze... Albo na tej niesamowitej kanapie w paski-odepchnął mnie i rzucił się na nią.-Mogę ją wywieść do naszego kompleksu? Od teraz to jest moja nowa miłość...
-A ja to co?-do salonu wszedł Harold w fartuszku w poziome niebiesko-czerwone paski.
-Ciebie zawsze będę kochać!
-A o mnie to już zapomnieli-odchrząknęłam,a chwilę potem wybuchłam śmiechem. Oni byli sobie przeznaczeni, a ja byłam pomiędzy nimi jak ta kanapa, ale Lou nie był o mnie w przeciwieństwie do Hazzy, który bał się, że straci swojego najlepszego przyjaciela przez pasiastą sofę.
-Nie, o tobie nie da się zapomnieć!-krzyknął Horan, który dopiero co wrócił z wyprawy do lodówki, skąd przyniósł paczkę kabanosów, na które rzuciła się cała czwórka. On został sam z jednym i z podkówką na ustach. Podeszłam do niego i objęłam w pocieszającym geście.- Och, Elizo, masz jeszcze jedną paczkę?
-Tak, ale nie dzielisz się z tymi zwierzakami-powiedziałam znacząco się na nich patrząc, opuściliśmy salon i usiedliśmy oboje na taboretach pomalowanych na biało.- Jak tam życie, mój głodomorze?
-Opowiem ci jak dasz mi te kabanosy!-powiedział przyglądając się lodówce z utęsknieniem. westchnęłam i podniosłam się i zgięta w pół podeszłam do szafki i wyjęłam żarcie dla Niall'a, następnie doczołgałam się z powrotem.- Aż tak ci ciężko?-zapytał zaniepokojony.
-Nie, kurde jest lekka jak piórko-powiedziałam z sarkazmem.- Oczywiście, że mi ciężko!
-Skąd wiesz, że to ona? Jak ją nazwiesz? Obiecałaś mi, że będę ojcem chrzestnym! Pamiętasz?-miał słowotok i nie było możliwości, żeby nad nim zapanował, nawet kabanosy.- Boziu, ona będzie najsłodszą istota na ziemi, nawet słodszą od Lux! Harry na pewno ją pokocha! Jesteście taką dobraną parą! Kiedy ślub?
-Kto z kim bierze ślub?-zapytał Payne, który wszedł teraz do środka pomieszczenia.- Oświadczył ci się?-zapytał z nutką kpiny, ale ja tego nie zauważyłam. Uważnie przyjrzał się mojej lewej dłoni, ale nie znalazł na niej niczego ciekawego.
-Liam, chciałabym na osobności porozmawiać z Niall'em, więc możesz już wyjść...?-zasugerowałam patrząc na niego niezbyt zachwycona tym, że stał obok nas.
-Spoko, ja chciałem tylko wodę-zaczął nerwowo się rozglądać po blatach, z trudem się podniosłam i z drugiej szafki od drzwi wyjęłam butelkę mineralki, a następnie podałam mu ją.- Dzięki, nie będę wam już przeszkadzać-wyszedł, a ja odetchnęłam z ulgą.
-Nie trawicie się wzajemnie? Przecież rozstaliście się w przyjaźni... Coś się zmieniło?
-My się zmieniliśmy-odpowiedziałam, spuszczając wzrok na swoje opuchnięte stopy.- Nie jestem już tą  nastolatką, z którą chodził przez dobre dwa tygodnie. Kochałam go, ale już nie jestem tą Ellie, którą znał. Nie widzę powodów, dlaczego mielibyśmy do siebie wrócić.
-A ja widzę-stwierdził przyglądając mi się uważnie.- Oboje jesteście dla siebie stworzeni, ale oczywiście ty tego nie dostrzegasz. Oboje przyciągacie się jak metal i magnes. Jest pomiędzy wami taka magia, nie ma jej pomiędzy tobą, a Harrym, ani przy Liamie i Danielle. Takie jest moje zdanie i w głębi duszy będę wierzył, że kiedyś wrócicie do siebie i będzie to najlepsza chwila w waszym jak i moim życiu. Będę wam kibicował, mimo że ty nie chcesz już na niego patrzeć, chyba, że udajesz.
-Horan, zamknij się- miałam już dość jego kazań. Miał rację, miał cholerną rację, ale ja nie chciałam w to wierzyć. Liam nie był dla mnie, byłam przeznaczona Styles'owi, a nie Paynee'mu. Nie chciałam się z nim zgadzać, ale chyba nie miałam innego wyjścia. W głębi duszy kochałam Payne'a mimo wszystkiego, ale oczywiście nie mogłam się do tego przyznać.
Zamiast przyznać mu rację wybiegłam przez taras do ogrodu, a stamtąd ruszyłam w stronę pustych wzgórz, gdzie gospodynie na sznurkach wywieszały świeżo wyprane prześcieradła i bieliznę. Nie zwracałam uwagi na to, że blondyn krzyczał moje imię i prosił o to, żebym wróciła. Starałam się jak najszybciej zostawić całą piątkę za sobą, co było dużym wyczynem z japonkach ze spuchniętymi nogami i spadającymi spodenkami.




Od autorki: więc znowu rozdział, wręcz wybłagany, ale jest, więc już na mnie nie krzyczcie, dziewczyny.
Moja psychika wciąż nie jest w normalnym stanie, ale informuje was tak bez głębszego sensu, że pojawiła się zapowiedź do shota mojego autorstwa ( link )
No i to chyba wszystko.
Życzę wam jeszcze na koniec strasznego chalołinnnn xdd

22 października 2012

|43|

 Dzisiaj wreszcie namówiłam Harry'ego do wyjścia z łóżka, bo jak już położył mnie na tej podłodze to przez kilka godzin nie chciał mnie puścić, tak samo było na drugi dzień tylko, że tym razem nie na twardej posadzce, ale miłym materacu. Teraz obiecałam sobie nie ulegać jego minom, ani prośbom tylko wstać o tej ósmej i pójść nawet samotnie w dół, ku turkusowi morza.
Tak jak postanowiłam, obudziłam się kilka minut przed śpiochemprzynajmniej tak mi się wydawało, ale kiedy chciałam już się podnieść położył na mnie swoje łapsko, a ja się rozpłynęłam. Nie, nie mogę mu ulegać, nie chce iść ze mną, jego problem. Udowodnię mu, że umiem się bawić bez niego, lepiej niż z nim samym. Zsunęłam jego dłoń ze swojego biodra, ale on był uparty i wciąż nie ustępował, cały czas kładł na mnie ciepła rękę, a wtedy serce zaczynało ruchać moje płuca.
-Zostań ze mną jeszcze czy minuty...-mruknął nie otwierając powiek tylko na ślepo błądząc po moim ciele w poszukiwaniu warg, ale ja szybko się podniosłam, chociaż niechętnie. Bez niego czułam się pusta, a kiedy byłam z nim było jeszcze gorzej, myślałam już, że mam zawał, ale chwilę później zdawalam sobie sprawę, że to tylko miłość tak na mnie działa.
Nie zdążyłam poruszyć się o krok, bo złapał mnie za rekaw szlafroka. Nie dopuszczę do tego, żeby delikatny materiał powstrzymał mnie przed chodzeniem po pięknych wzgórzach Santorini, więc nie wiele myśląc jedną ręką rozwiązałam szlafrok. Upadł na ziemie, a ja kompletnie naga podeszłam do walizki i wyjęłam potrzebne ubrania- jeansowe szorty i biało-koralową bluzkę w paski z kieszonką na piersi. Powolnym krokiem skierowałam się do łazienki, przy tym prowokujac każdym ruchem Styles'a, aby podniósł się z materaca i dołączył do mnie. Niestety nie podziałało, powinnam się zapisać na jakiś kurs uwodzenia czy kokieterii, bo zupełnie mi nie wychodziło. Nawet faceta z łóżka nie mogę wyciągnąć, ale przecież Haz był nieprzecietnym facetem, więc to szkolenie by nie pomogło przy tym śpiochu. Za nic w świecie nie wyszedłby z łóżka, aby powłóczyć się po jakimś miasteczku. 'Co z tego, że jest urocze, ja wolę pozwiedzać każdy centymetr kwadratowy materaca'-tak powiedział wczoraj, więc dziś odpowiedziałby to samo. Jutro pewnie też, więc już wolałam iść sama, niż słuchać jego narzekań jak mu gorąco czy jak buty go uwierają, kiedy schodzi z górki lub innych podobnych do poprzednich.
Umyłam się i nie kłopotałam się suszeniem włosów, bo wiedziałam, że na słońcu zaraz wyschną, a nie chciałam jeszcze ich niszczyć suszarka, bo i tak wyglądają jakby się w nią wkręciłyUbrałam się i nasmarowałam kremem z filtrem, bo lubiłam swoją jasną karnację, o którą dbałam od kilku lat, unikając słońca  jak ognia. Opuściłam zaparowaną łazienkę i kiedy zajrzałam do sypialni, zauważyłam, że pod kołdra nie ma już kochanej szopy. Jaka siła wybawila go z łóżka- teraz tylko to mnie intrygowało, nigdy wcześniej dobrowolnie nie wychodził z łóżka chyba, że jednak udało mi się... Wierzyłam w mój talent do kokietowania mężczyzn, dopóki nie zobaczyłam go jedzącego crossanta, którego musiał kupić, bo nasza zasobność rzeczy zjadalnych wynosiła -nic. No chyba, że mydło można by było zjeść na śniadanie. Podeszłam do niego na palcach i cmoknęłam w lekko zaróżowiony policzek. Uśmiechnął się pod nosem i dotknął wolną ręka moją dłońspoczywającą na jego nagim ramieniu.
-Byleś na zakupach?-zapytałam odgryzając kawałek rogala posmarowanego gruobo nutellą i biorąc kubek z jeszcze parującą kawą.
-No coś ty, ja nie wyszedłbym w samych bokserkach na miasto-usiadłam na przeciwko niego, a on delikatnie się uśmiechnął.-Poprosiłem chłopca o coś na śniadanie, ale nie wiedziałem, że za dwadzieścia euro można kupić tylko dwa crossanty. Wykorzystują biednych turystów, a oni biedni umierają z głodu.
-A nie pomyślałeś, że ten chłopak cię oszukal?-bezczelnie się z niego śmiałam. Jego lenistwo przekroczyło setny level.  Żeby wykorzystywać biedne dziecko dla własnych potrzeb? Przynajmniej ma nauczke.
-Nie...-pokręcił bezradnie głową patrząc w moje oczy.-I nie wiem czemu się śmiejesz, skoro mnie oszukał  Jaki jest tu numer na policję?-ostatnie pytanie zadał tylko dla żartów, bo on nie przejąłby się kilkoma euro, a zresztą sposób w jaki na mnie patrzył i w jaki to powiedział zdradzały wszystko.
-A wiesz, że nie wiem-odpowiedziałam zabierając drugiego rogalika, na którego czaił się już od minuty Harry.-Skoro jesteś głodny to powinnismy pójść sami po zakupy, a nie wyręczać się dziećmi.
Jęknął, wiedział, że nie zamierzam iść tylko do sklepu, ale wyciągnąć go na wielką wyprawę. Ale skoro już wyszedł z łóżka to powinnam wykorzystać ten fakt, zanim wróci pod ciepłą koldrę.
-Ale ja idę tylko do sklepu...-powiedział zakładając na siebie jakąś koszulkę rzuconą na podłogę.-I tylko żeby zjeść śniadanie, nigdzie więcej mnie nie wyciągniesz!-zastrzegł, ale ja i tak zamierzałam robić swoje. 



    No i mój plan się powiódł. Szczęśliwy Harry z rogalem w ręku nie zwracał uwagi, czy ciągnę go do domu pod górkę czy w dół ku zatoce. Jęczał tylko z powodu braku nutelli, która została na półce sklepowej. Miałam nadzieję, że to nie zmieni się nawet jak dowie się gdzie go prowadzę. Inaczej wydąłby wargi i obrażony poszedłby znowu do domu,aby runąć jak długi na materac łóżka i zasnąć.
    Myślałam już, że Hazza się zorientował, ale na szczęście skończyło mu się tylko jedzenie, miał taką minę, jakby co najmniej stałą się jakaś tragedia. Taki bezbronny dzieciak bez rogala w ręce, brakowało mi jeszcze tutaj szklanek w oczach i miałabym wzruszającą historię do brukowca. 
-Liz, ja jestem wciąż głodny-jęknął  i opadł ciężko na pomalowany na śnieżnobiały kolor murek.- Masz chociaż jakąś gumę? Muszę zabić uczucie głodu...
-Nie jęcz, idziemy dalej...!-pociągnęłam go za nadgarstek, ale nie poruszył się nawet na centymetr.- No rusz się!!!
-Możemy pozwiedzać jutro?-zapytał z nadzieją w głosie, ja stanęłam na przeciw niego i podparłam się rękami o biodra.-No proszę, ja jutro będę w stanie chodzić po Santorini, ale nie dziś!
-Wczoraj mówiłeś to samo! Bez narzekania idziemy dzisiaj pływać jachtem-przeszłam na drugą stronę murka i zepchnęłam go, bez silnie opadł na kamienną ścieżkę jęcząc z bólu. Nic mu nie poradzę na te siniaki jakie będzie miał, trzeba było się mnie posłuchać. Zza zakrętu wyszedł jakiś staruszek prowadzący osła, mruknął coś w języku grecki, co my potraktowaliśmy szerokim uśmiechem, nawet nie wiedzieliśmy co powiedział, ale pewnie coś dotyczące głupoty mojego loczka. Przeskoczyłam przez murek i na niebieskim progu jednego z  domów ujrzałam dziewczynę, pewnie zaledwie kilka lat od nas. 
-Dziadek mówił, że musicie się bardzo kochać-powiedziała świetnym angielskim, niby od niechcenia.- Już kilka par, którym wynajmował domy letniskowe wzięły ślub. Wam też to przepowiada-spojrzeliśmy oboje na siebie i powstrzymywaliśmy się od wybuchnięcia głośnym śmiechem.- Chyba, że jesteście tylko bardzo dobrze zgranymi przyjaciółmi. 
-Ja mam z tą dziewczyną żyć do końca swoich dni?-tarzał się po ziemi brudząc czystą koszulkę.- No, Liz nie obrażaj się, żartowałem. Kocham cię.
-Ha, ha, ha uśmiałam się normalnie-powiedziałam z sarkazmem i samotnie ruszyłam w dół, ku zatoce. Zanim wstał to ja już zdążyłam minąć kilkanaście domów, niestety rzucił się potem biegiem, więc znowu musiałam znosić jego obecność.  Na szczęście nikt nie zmuszał mnie do rozmowy z nim, dalszą drogę przebyliśmy w milczeniu. Tamten zbierał jakieś kwiatki z cudzych kwietników, raz potraktowano go gazetą w głowę, ale jakoś mu nie współczułam.
-Liz, momencik!-krzyknął i zaczął  wspinać się po gzymsie jednego z budynków, przystanęłam sobie z boku i zaczęłam przeczesywać palcami swoje gęste loki. Spod szkieł okularów przyglądałam się zabawnemu obrazkowi jak Harry wchodził i za chwilę się z niego ześlizgiwał. W końcu po kilku minutach wspiął się na czyjś balkon i zaczął zrywać piękne róże, zza firanki wyłoniła się wielka baba i spojrzała na niego wściekle. Miałam krzyknąć i go ostrzec,ale ta kobieta była szybsza chwyciła doniczkę i rozbiła ją na głowie biednego i nieświadomego Harolda. Ja tylko się śmiałam jak zbity pies uciekał przed nią mając wszędzie ziemię i krew. Chwycił mnie za rękę i ruszyliśmy biegiem, bo usłyszeliśmy jak jakiś pies zaczyna szczekać, jeszcze odgryzłby mu pana banana i co ja bym z nim poczęła? 
Zatrzymaliśmy się dopiero na drewnianym podeście, spojrzałam na jego ranę z troską. On popatrzył na mnie swoimi pięknymi szmaragdowymi oczami, na które opadały brudne loki.
-Chyba powinniśmy pojechać z tym krwotokiem do szpitala-mruknęłam przypatrując się pulsującemu rozcięciu.- Wykrwawisz mi się...
-Pojadę jak dostanę buziaka na przeprosiny!-powiedział wkładając jedyną różę jaką zdobył w moje włosy.
-Chyba śnisz!-odsunęłam się od niego i popatrzyłam jak na umysłowo chorego.- Ja mam cię przepraszać?! Chyba ci faktycznie na mózg rzuciło!
-Co ci szkodzi jeden pocałunek?
Nie odpowiedziałam tylko ruszyłam na górę słysząc za sobą jęki należące do chłopaka,  z którym będę musiała przetrwać jeszcze kolejny tydzień w Prowancji, o ile nie wyląduje na ostrym dyżurze.


Od autorki: Hoopy została zmuszona do dodania tego o to rozdziału przez Dev, więc jej dziękujcie, a nie mnie. Wybaczcie za dea tygodnie przerwy, ale w zeszłym tyg. miałam wesele ciotki, w tym w sobotę przemeblowanie i impreze + koncert ulubionego wokalisty mojej mamy, więc nie było kiedy. Dlatego dzięki Dev dzisiaj dodaję o to ten rozdział, który jest średniej jakości, ale go dodaje.
Napisany dawno,dawno temu xd teraz moją głowę zajmuje gimbaza, bliźniacy,hiszpański,bliźniacy,włosy bliźniaków,dziewczyny bliźniaków,opowiadanie o bliźniakach (miał być tajny projekt jak na razie, ale jak tu o nim nie wspomnieć skoro jest o BLIŹNIAKACH) . Jak na razie dzisiaj wpadłam na nową koncepcję, więc powoli,powoli zbliżam się do pisania czegokolwiek,o ile znajdę chwilę tak jak dzisiaj na historii . 
Dobra nie zanudzam was oopowieściami o Bliźniakach.(boże dlaczego idealni ludzie chodzą ze mną do ZS nr 3 we Wrocławiu? :C ) 
Pewnje powiecie, że ten po lewej jest łądniejszy, ale móię wam, teraz jak Tomek (prawa, czapka, dwje torby) sję ściął wygląda dużo lepiej, ale nje umjem z nim gadać, Adaś jest bardziej rozmowny xd
A teraz pójdę się modlić, żeby nie dostali "przypadkiem" od moich znajomych linka do bloga i tej notki.